XXXVI. Przez śnieg i zawieje >>Ai van der Woods
sobota, 22 marca 2008 23:33:16
komentarze [19]



Po baaaardzo długiej nieobecności kolejny rozdział dodany. Mam nadzieję, że stali czytelnicy i ci przypadkowi będą zadowoleni z tej części. Postaram się pisać częściej, ale musicie zrozumieć, pierwszy rok studiów jest najważniejszy.
Więc nie przedłużając bardziej zapraszam do czytania.
Ahoj !
------------------------------------------------------------------------------------
Dni mijały leniwie, spokojny wiatr łagodnie pchał ich ku północy. Siłą rzeczy zbyt dobra pogoda potrafi rozleniwić i tylko twardy rozkaz kapitana jest w stanie przywrócić wszystkich do porządku. Jeśli ktoś nie jest wystarczająco charyzmatyczny to nie nadaje się na kapitana, a tym bardziej kapitana pirackiego okrętu, gdzie załoga może zdjąć swojego dowódcę z piedestału w mgnieniu oka. Charyzma, spryt i doświadczenie to cechy, które musi posiadać każdy kapitan. Ai zdawała sobie sprawę, że nie może przesiadywać ciągle w swojej kajucie nad mapami i zrzucać wszystkiego na Arvenę, bo straci posłuch wśród załogi. Większość czasu spędzała na pokładzie, mało spała, niewiele jadła, ale trzymała się mocno. Załoga nigdy nie miała powodu do buntu, bo pani kapitan przez wyzwolenia ich z jarzma tortugańskiej pracy, była dla nich symbolem wolności i siły. Taka silna zażyłość spaja kapitana z załogą na długie lata. Czasami zdarzały się narzekania na ten, czy inny rozkaz, lecz nikt nie podważał decyzji Pani Kapitan. Ai wiedziała, że czasem może nadużywać swojego stanowiska.
W czasie tej wyprawy znów musiała stać się symbolem, pewnego rodzaju monumentem i fundamentem całej wyprawy. A sama Pani Kapitan, dopóki nie musiała się w swych decyzjach spierać z Kapitanem Czarnej Perły, była zdecydowana.
Wydawało się, że pogoda zmienia się. Mijał październik, a w raz z nadejściem listopada przyszło ochłodzenie. Prąd Zatokowy gnał ich na północ. Płynęli już ponad miesiąc od St. Augustin. Starali się płynąć na tyle blisko, aby na horyzoncie majaczył ląd. Gdy zbliżali się do któregoś z miast kolonialnych odbijali mocniej na wschód i uważniej obserwowali czy nie znajduje się w pobliżu jakiś okręt (nie daj Bóg, fregata marynarki wojennej). Kiedy minęli brytyjską Wirginię i powoli zbliżali się do holenderskiej kolonii - Nowej Szwecji, czuli się coraz bardziej niepewnie. Pogoda stawała się co raz bardziej kapryśna, częściej wiały zimne północne wiatry i padały ulewne deszcze. W pewnym momencie wiatr posuwał ich w tak żółwim tempem, że dopiero w drugiej połowie grudnia dopłynęli do Nowej Anglii. Zatrzymali się tam na czas jakiś, aby uzupełnić zapasy pożywienia. Dla całej załogi stawało się normą zakładanie na siebie futer lub grubych skórzanych kurtek, butów na grubej zelówie. Szorowanie zmieniło się w odśnieżanie pokładu, a dla niejednej z załogantek był to pierwszy śnieg w ich życiu. Gwen co raz częściej musiała walczyć z odmrożeniami.
Kiedy z nastaniem Nowego Roku wyruszyli w dalszą podróż pogoda im nie sprzyjała i byli zmuszeni walczyć z żywiołem.
- Pani Kapitan! - powiedział zaskoczony McGregor, gdy któregoś dnia Ai zjawiła się w jego kajucie.
- Chciałeś mnie widzieć - odparła bez ogródek - o co chodzi?
- Nie chę Cię popędzać, ale zanim dopłyniemy do celu możemy nie zdążyć - zadźwięczał pewien strach w głosie mężczyzny - już jest koniec stycznia, a my nie wiem czy przepłynęliśmy jedną trzecią całej trasy.
- Jeśliś taki mądry to wyjdź na pokład i zobacz co tam się dzieje – odpowiedziała rozgniewana piratka – siedzisz w swojej wygodnej kajucie, dostałeś nowe mapy, które kupiłam w Nowej Anglii i prawie nie pokazujesz się na zewnątrz. Moja załoga nigdy nie musiała walczyć z zimą. Śnieg zalewa mi pokład, a zimny wiatr powoduje, że drętwieją mi ręce i muszę instynktownie prowadzić statek.
- Rozumiem, ale...
- Nie ma żadnego „ale” – ucięła krótko – moja reputacja wśród załogi podupada. Dziewczyny są nie zadowolone i chcą wracać na południe.
- Chcą ciepłego południa, a ja nie mogę nadużywać ich zaufania. Czy Ty to rozumiesz?
- Tak.
- Świetnie, to jak już znudzi ci się wygrzewanie w kajucie to zapraszam na pokład. Każda para rąk się przyda – odparła i wyszła szybkim krokiem, zatrzaskując za sobą drzwi.
- Mam się pospieszyć. Gdzie ja mu się pospieszę? – mamrotała do siebie kierując się do wyjścia na dek.
Powitał ją zimny powiew mroźnego wiatru. Sumienie nie dawało jej spokoju, gdy patrzyła na swoją skostniałą załogę walczącą z żywiołem.
- Załoga ci ufa – usłyszała za sobą spokojny głos.
- Wiem Arveno, wiem, ale i tak mają święte prawo się zbuntować przeciwko mnie – odpowiedziała.
- I zrezygnować z bajecznej nagrody? Nie. One są tak samo chciwe na złoto jak ty moja droga. Jeśli się zdecydowały z tobą płynąć to dobrze wiesz, że dotrzymają słowa.
- Nie chce wystawiać na próbę ich zaufania.
- Spokojnie – odparła piratka kładąc jej dłoń na ramieniu – załoga ufa ci bezgranicznie, lecz nie w załodze jest problem.
- Słucham? – spytała zdziwiona Ai.
- To ty nie potrafisz do końca zaufać załodze. Nie zdajesz sobie nawet sprawy kim dla nich jesteś. Gdyby dziewczyny miałyby się zbuntować zrobiły by to już dawno temu.
Ai nic na to nie odpowiedziała, tylko podeszła do steru i kładąc na nim ręce krzyknęła:
- Lepszej załogi nie mogłam sobie za marzyć! Z życiem dziewczyny, pokarzmy i żywiołowi, i Kapitanowi Jackowi ile w naszych tyłkach jest wigoru!
Odpowiedziało jej gromkie wesołe „Aye” .

* * *

W przeciągu następnych dwóch tygodni musieli pożegnać się z Golfsztromem i dalej gnając na północ wpłynąć na bardziej niebezpieczne wody. Pierwszą pływającą górę lodową zobaczyli z początkiem lutego. Wyłoniła się niespodziewanie w czasie śnieżycy tuż przed dziobem i o mały włos nie wpłynęliby na nią. Po tym wydarzeniu Red Moonlight i Czarna Perła starały się płynąć bliżej siebie. Kapitanowie bardzo uważnie patrzeli na góry lodowe różnych rozmiarów, coraz to częściej majaczące gdzieś miedzy wodą a śniegiem. Do tego znosił ich także zimny północny prąd.
- Daleko jeszcze ? – spytała Ai, gdy pewnego dnia McGregor wyszedł na pokład.
- Nie. Jest to bardzo rzadko uczęszczany szlak. Co prawda Hudson odkrył go już w 1610 roku, ale przez góry lodowe i niesprzyjający klimat mało kto tu się zapuszcza. Jest tu sporo zdradliwych wysepek. Musimy opłynąć półwysep Labrador i wpłynąć do zatoki. Tam nie będzie bezpieczniej, ale zawsze to bliżej celu.
Ai nic nie odpowiedziała, tylko mocniej zacisnęła skostniałe dłonie na sterze. Nagle kątem oka dostrzegła górę lodową wynurzającą się nagle spoza śnieżnej zamieci. Machinalnie mocno zakręciła sterem. McGregor przeleciał przez pokład i w ostatniej chwili złapał się relingu.
- Wciągnąć go do cholery! - krzyknęła piratka.
- Wracaj lepiej pod pokład, tu jest dla ciebie zbyt niebezpiecznie – warknęła.
Niewiele się działo po tym incydencie. Dni, choć monotonne, zaczęły mijać szybciej pod koniec lutego McGregor stwierdził, że zbliżają się do zatoki. Marzec przyszedł nagle i niespodziewanie, a wraz z nim także ocieplenie klimatu. Nie wróżyło to najlepiej. Kry, które mogły spokojnie rozerwać poszycie statku pojawiały się coraz częściej. W rezultacie wpłynięcie do zatokę zajęło im następnych pięć dni, a gdy postanowiono zatrzymać się na brzegu dobijał 10 Marca.
- Mamy jeszcze jedenaście dni – powiedział poważnie McGregor na naradzie jaka się zebrała – tylko w dniu przesilenia można wejść na wyspę, a i to nie łatwa sztuka.
Narada trwała cały dzień. Postanowiono, że nazajutrz o świcie wyruszają dalej. Dzięki kompasowi Jacka i medalionowi Ai udało się im obrać kierunek, a mapa żywiołów pewnej nocy rozpromieniała i pojawił się na niej krzyż – pokazywał on jedyną bezpieczną zatokę. W ciągu następnego kilku dni ich oczom ukazała się wyspa o wysokich skalistych klifach otoczona rafami koralowymi i zdradliwym skalistym dnem.
- No pięknie – powiedziała Ai drapiąc się po głowie – trzeba będzie opłynąć całą wyspę.
- Pani kapitan! – krzyknęła Mary – w wodzie widzę skały!
- O tak, skały mgła i klify, to lubię – powiedziała do siebie z przekąsem Ai.
Załogi dostały rozkaz opłynąć całą wyspę. Mijały kolejne godziny. Próby przebicia wzrokiem mlecznej mgły spełzły na niczym. Ai niepostrzeżenie zniknęła po wydaniu rozkazów. Przeczuwała co może ich spotkać, a na to spotkanie musiała się odpowiednio przygotować. Wyjęła ze skrytki pod podłogą najcenniejszą pamiątkę jaką miała po rodzicach – platynową szpadę z kryształowym ostrzem, której tylko ona mogła dobyć z pochwy. Delikatnie przejechała palcami po pochwie z orężem, mocno zacisnęła dłoń na rękojeści i pewnym ruchem ręki wyciągnęła oręż. Szpada wydawała się niewiarygodnie lekka i jakby idealnie wyważona do dłoni kobiety. Ostrze pięknie lśniło mimo dość skąpego, mdłego światła jakie docierało do kajuty. Całe pomieszczenie rozjaśniły kolorowe promienie. Do szpady miała także platynowe nagolenniki i naramienniki. Zdjęła swój codzienny kapitański strój. Założyła na siebie czarne przylegające spodnie, do tego czerwoną bluzkę z bufiastymi rękawami. Na to nałożyła zbroję i skórzane rękawice.
Znaleziono wejście. Arvena spojrzała na ster. Stała za nim inna kobieta, wojownik. W okrytych zbroją ramionach i nogach wyglądała niczym Atena.
- Rzucić kotwice - krzyknęła Ai.
Załoga jakby obudziła się z letargu. Kiedy spojrzeli na Panią Kapitan z rozwianymi, długimi, czarnymi [wyliczanka!! przecinki!! XP] włosami zastygli na dłuższą chwilę.
Piratka zablokowała ster. Przeszła na dziób okrętu, odwróciła się jeszcze do załogi w głębokim pożegnalnym ukłonie, po czym odbijając się od bukszprytu wzleciała na czarnych skrzydłach. Podleciała do Czarnej Perły, kazała Jackowi także stanąć na kotwicy i czekać na dalszy ciąg wydarzeń. Wyjmując kryształowe ostrze wyglądała jak promień światła we mgle.
Długo panowała cisza przerywana błyskiem świateł i świstem skrzydeł. W pewnym momencie Ai wystrzeliła z mgły nad grotmasztem i jak czarny piorun poszybowała z powrotem w górę. Zaraz za nią rozległ się przerażający ryk i ogromne czarne cielsko poszybowała za anielicą, cudem nie zahaczając o maszt.
Walka była zażarta, Ai zadawała ciosy jednoczenie próbując uciec przed wielkimi łapami stwora. ”Dobrze zrobiłam zabierając miecz matki, to srebrne cacuszko jest dobre na ludzi ale nie na strażników”, przebiegła jej myśl przez głowę. Lecz bestia była godnym przeciwnikiem. Wykorzystała moment nieuwagi i rzuciła się na wojowniczkę. Szpony potwora dosięgły ramienia kobiety, lecz w ostatniej chwili udało się jej umknąć przed paszczą pełną ostrych jak brzytwy zębów. Wleciała w mgłę, musiała się chociaż na chwilę schować. Lewe ramię rwało jak diabli, a krew przesiąkła przez czerwony materiał przybierając kolor wina. Próbowała poruszyć palcami zranionej ręki, ale nie była w stanie. Przy choćby najmniejszym ruchu ból powodował plamy przed oczyma. „Do jasnej cholery Ai! Weź się w garść dziewczyno”, skarciła się w duchu. Złapała mocniej miecz i nasłuchiwała: bestia zachowywała się zbyt cicho. Zrobiła duże koło, ale przez tą cholerną mgłę nie wiele widziała. Instynktownie spojrzała w kierunku słońca i to uratowało jej życie, bo ogromne, rozpędzone cielsko już leciało w jej kierunku. Ai zrobiła unik, tak aby potwór nie mógł zrobić zbyt szybko zwrotu. Kiedy minął ją, zanurkowała podążając za nim i z obnażonym mieczem próbowała dosięgnąć karku poczwary. Przeleciała nad ogonem, przez plecy i między ramionami. Zamachnęła się, ale smoczysko odwróciło się i oberwała błoniastym skrzydłem. Oszołomiło ją to na chwilę.

***

Załoga nasłuchiwała. Co jakiś czas słychać było ryk bestii, po za tym panowała grobowa cisza. Ku zaskoczeniu Arveny na jej nogi opadło czarne lepkie pióro. Kobieta ze zgrozą spojrzała w zachmurzone niebo. Mleczna mgła skutecznie nie pozwalała widzieć dalej niż na pięć metrów. Nawet córka Arveny wyszła na pokład i próbowała wypatrzeć jakiś ruch w chmurach.
Ogromy plusk wody, po której przyszła gigantyczna fala zaskoczył wszystkich. Pokłady zostały zalane lodowatą wodą. Kiedy statki wróciły do pionu, mgła powoli opadła. Wszystkie głowy patrzały w niebo, gdzie majaczył mały ciemny punkt. Już przygotowywano działa i strzelby do obrony. Na deskach Czarnej Perły lekko opadła dziwna postać o dwóch parach skrzydeł – jednych czarnych, drugich czerwonych. Całe ciało istoty była poraniona i zalana brunatną posoką. Oczy miała zamglone niczym niebo, w których tlił się ogień. Ai patrzała prosto w twarze Jacka i Flavia. Cygan podszedł do niej jakby widział zjawę. Lekkim ruchem anielica odrzuciła zlepione potem i krwią włosy z twarzy ukazując potężne szramę ciągnącą się od szyi przez lewą pierś do boku. Lewe ramię zwisało nienaturalnie. Na oczach wszystkich rany samoistnie się zasklepiły. Została tylko ledwo wisząca koszula, nie zasłaniająca prawie piersi.
- Ai, czy to ty ? – spytał niepewnie
Ta lekko się ukłoniło i z bladym uśmiechem przeleciała na swój okręt.
- Podnieść kotwice - krzyknęła Pani Kapitan – możemy bezpiecznie wpłynąć do zatoki.
Musiała być podtrzymywana przez Arvene i Gwen żeby nie stracić równowagi i nie stoczyć się ze schodów mostka. Chciała oglądać moment wpłynięcia do zatoki chociaż Gwen za wszelką cenę nalegała aby Ai zeszła z nią pod pokład, żeby mogła ją zbadać i nastawić jej złamane ramię. Wystarczyło jedno krótkie spojrzenie Pani Kapitan na Gwen, żeby ta odpuściła.
Mgła rozstąpiła się, a ich oczom ukazała się rajska zatoka, gdzie między palmami latało wszelkiego rodzaju kolorowe ptactwo. Woda miała kolor szmaragdu, a dno było głębokie więc mogli podpłynąć blisko brzegu, gdzie zakotwiczyli okręty i zeszli na ląd. Wyspa wyglądała tak jakby świeciło na niej inne słońce, a czas zatrzymał się w miejscu. Nawet piasek plaży wydawał się bardziej złoty niż wcześniej widziane piaski na Karaibach.
Gwen delikatnie dotknął zdrowego ramienia Ai i powiedział:
-Musisz się umyć, a później cię opatrzę– dalej podtrzymując piratkę poprowadziła ją w dżungle wcześniej nakazując kilku innym załogantkom poszukania jakiejś świeżej słodkiej wody.



komentarze [19]

XXXV. Podążając za księżycem >>Ai van der Woods
piątek, 26 października 2007 09:12:03
komentarze [15]



Słońce wdarło się do kajuty przez trzy niewielkie bulaje. Gerard nie spał tej nocy. Oczy przywykłe do wiecznie panującego w pomieszczeniu półmroku oślepiło jasne światło słońca. Leżał przez cała noc i rozmyślał. Drzwi, tak jak Ai obiecała, były otwarte. Przyniesiono mu także nowy kaganek z oliwą, krzesło oraz koc.
- Październik - wymamrotał do siebie - jedyną możliwość dostać się na wyspę jest w dniu przesilenia.
Nakrył się szczelnie kocem, przewrócił na prawy bok i z ręką pod głową próbował zasnąć.
Kiedy otworzył ponownie oczy na biurku stały: kubek, dzbanek z herbatą i miska. Wstał leniwie z koi, przeciągnął się. Kajuta, choć czysta nadal wydawała się ponura i zapuszczona.
- Mogłem wyegzekwować lepsze lokum - skarcił sam siebie.
Zasiadł do biurka. Powoli, z pełnym namaszczeniem zjadł śniadanie i wyszedł z kajuty.
Ai nie było na pokładzie.
-Wuju - usłyszał wołanie.
Odwrócił się i zobaczył Miguela zmierzającego w jego stronę. Ruchem ręki bratanek nakazał mu iść za sobą . Weszli do kajuty kapitańskiej. Ai stała tyłem do drzwi, wpatrzona w zachmurzony horyzont idący od zachodu.
-Witam panów - powiedziała nie odwracając się do nich - rozgośćcie się.
Po nocy wrócił jej rezon i stara, zimna wyższość nad innymi osobami płynącymi na jej okręcie. Wiedziała, a raczej próbowała się domyśleć, co też dwaj panowie mają jej dzisiaj do powiedzenia. Odwróciła się od okna i zasiadła za biurkiem.
- Więc? - spytała.
Gerard na początku spuścił głowę. Masując ręką czoło zastanawiał się jak odpowiedzieć na pytania, które zadała wczoraj Pani Kapitan, a nad którymi musiał się dłużej zastanowić.
-Jak już Ci mówiliśmy, bramy otwierane są tylko w dniu przesileń. Brama jest strzeżona przez bestię, która blokuje przejście, ale najpierw trzeba będzie odnaleźć jedyną istniejącą bezpieczną zatokę.
Zamilkł na kilka minut. Hiszpan nie wtrącał się. Obserwował, to raz Ai, to McGregora.
- Cała wyprawa to jeden wielki ciąg wyzwań i bitew - podjął na nowo.
- Domyślałam się. Nie odpowiedziałeś jednak na moje pytanie - rzekła ozięble.
- Czym jest nagroda? Hm... to dość trudne pytanie i tym bardziej nie łatwa odpowiedz - rzekł masując sobie brodę - w zależności od osoby, która dostąpi zaszczytu jej uzyskania. Nie pytaj mnie o szczegóły, bo naprawdę nie jestem w stanie wniknąć w myśli i wyobrażenia ludzi, a tym bardziej pradawnych legend.
Ai milczała patrząc na Gerarda. Brwi miała ściągnięta, wzrok skupiony. Dłoń mimowolnie dotykała medalion. Spuściła lekko głowę.
- A co ty o tym sądzisz, braciszku?
- Cóż sądzę, że nagrodą jest ziszczenie największego marzenia danego “złoczyńcy”.
Ponownie nastała chwila długiego, męczącego milczenia. Powoli, z pełną dumą Ai wstała i powiedział:
- Rozumiem, możecie odejść.
Obaj mężczyźni w ciszy wyszli z kajuty. Piratka podeszła do sekretarzyka i wyjęła butelkę rumu.
- Mój wierny przyjacielu - powiedziała troskliwie do butelki i odkorkowała. Pociągnęła spory łyk nawet nie siląc się na szukanie szklanki.
Dopiero pod wieczór załoga miała przyjemność oglądania Pani Kapitan. Chwiejnym krokiem wynurzał się z kajuty, gdzie płonęło kilka świec. Kobieta przechadzała się przez całą długość pokładu, w tą i z powrotem. W końcu przeszła się po fokmaszcie i wygodnie się na nim usadowiła wpatrując się w czysto granatową toń. Red Moonlight szedł szybko i sprawnie, wydęte żagle złapały spokojny acz silny wiatr od rufy. Zostaje nam jeszcze ze trzy dni drogi do Nassau, a później się zobaczy, pomyślała piratka.

* * *

W porcie w Nassau wpłynęły dwa niepozorne brygi pod banderą angielską. Śnieżnobiałe żagle dumnie wypinały pierś. Niby nie wyróżniające się niczym szczególnym, ale biła od nich duma, siła i pewność swoich możliwości. Panna Alice van der Woods, dama nie pierwszej już młodości, podbijająca pod trzydzieści pięć lat, zeszła ze statku w pięknej bordowo złotej sukni. Krucze włosy miała związane w kok przyozdobione piękną gustowna czerwoną różą i małym złotym naszyjnikiem z rubinami.
- Jak mam się z tobą pokazać, to chociaż ja chcę w tym momencie dobrze wyglądać.
- Oj nie bądź już taka zadufana, moja droga - rzekł spokojnie Luis, ubrany w czarne lakierki ze złotymi klamrami, śnieżnobiałe skarpetki, czarne spodnie, białą koszulę i czarną marynarkę z czerwonymi wyłogami obszytą złota nitką. Włosy związane w kucyk z dużym czarnym kapeluszem z krwistym piórem.
McGregor szedł wolnym krokiem z tyłu.
-Kapitan Sparrow nie idzie z nami?- spytał.
-Wyperswadowałam mu ten idiotyczny pomysł z głowy- odparła ze śmiechem- jakby to rzec w kilku słowach hm... za bardzo rzuca się w oczy i nosy.
-To poznałaś go aż tak dogłębnie?- spytał Luis.
-Nie trzeba go znać zbyt długo, aby to odkryć mój drogi. To gdzie są te magazyny?
Przystanęli na chwilę na ulicy. McGregor rozejrzał się i ruszył żwawszym krokiem kierując się na wschodnią część wyspy. Nassau było małym holenderskim miastem wypadowym, stąd wypływały konwoje do Europy, tu stacjonowało wojsko. Nie wyróżniało się ono spośród innych miast kolonialnych powstałych na przestrzeni ostatnich stu może stu pięćdziesięciu lat na wyspach Nowego Świata. Ludzie mieszkali tutaj różnego pokroju i różnej narodowości. Ai maszerując ciasnymi zakurzonymi uliczkami przyglądała się mijającym ich ludziom, mieli w dużej mierze nieciekawe smętne twarze. Słońce mocno świeciło, temperatura była wysoka, a piach który zawsze zalegał nie przebranymi ilościami na drogach unosił sie w powietrzu zamulając widok, idealna pora dla kieszonkowców, pomyślała Ai. Droga do magazynów przez zatłoczone uliczki zajęła im dobre półtorej godziny.
-Co chcesz kupić oprócz żywności i amunicji ?- spytał Luis.
-Parę dobrych rasowych koni, muły, dodatkowa ciepła odzież, obuwie... chyba nie chcecie zamarznąć?
-No to chcesz żebym zbankrutowała ?- żachnęła się piratka.
- Jeśli wiesz gdzie i jak kupować to nie zbankrutujesz - odparł McGregor – chodźcie za mną.
Posłusznie przemaszerowali dalej. Weszli do jakiegoś dużego ceglanego budynku, jednego z największych magazynów w mieście. Gerard szepnął coś pierwszemu napotkanemu pracownikowi i dał znak żeby parka poszła za nim. Weszli do pomieszczenia ulokowanego na końcu budynku. Opasły mężczyzna który siedział pośród papierów spojrzał zza okularów na przybyszy, twarz mu się rozjaśniła kiedy zobaczył McGregora.
- Gerard – zakrzyknął – kopę lat. Gdzie żeś się podziewał przez cały ten czas ?
- A byłem to tu to tam – odrzekł.
- Siadajcie mili goście, co was do mnie sprowadza – odparł pokazując trójce krzesła przy biurku.
- Jak zawsze, interesy.
- Ach taak, ma sie rozumieć po znajomości – zaśmiał się magazynier – zapomniałem się przedstawić Sam Smith, do usług.
- Potrzeba mi paru rzeczy, udałoby ci się je dla mnie zdobyć? – spytał Gerard podając otwartą kopertę Smithowi.
Mężczyzna przeczytał listę, mruknął coś do siebie i spojrzał po gościach.
- W imię starej przyjaźni zrobię to dla ciebie – odparł z pełną powagą – ale to będzie cię trochę kosztować i trochę potrwa za nim uda mi się niektóre z tych towarów sprowadzić.
- Cena nie gra roli – powiedział pewnie McGregor, nie patrząc na minę Ai – powiedz mi tylko ile ci to może zająć.
- Hm... jakieś dwa może trzy tygodnie. Część towarów mogę ci sprzedać od zaraz.
- Świetnie, przyjdę do ciebie za jakieś trzy dni, w tedy podaj mi przybliżoną cenę, dobrze?
- Umowa stoi przyjacielu – odparł magazynier i pożegnał trójkę odprowadzając do samego rynku głównego miasta.
Kiedy wrócili na statek Ai już zdążyła lekko ochłonąć od kłótni, którą zrobiła. Wpadła do swojej kajuty jak burza i się w niej zamknęła.
- Siedzieć tu bezczynnie i stracić dwa tygodnie? – warczała usilni próbując samej zdjąć suknię – A jak mi się nudzi to mogę szukać pieniędzy ? CO ON SOBIE MYŚLI ? – suknia trzeszczała pod ciężką ręką pani Kapitan.

* * *

Minęły dwa tygodnie z górą, kiedy to prawie co dziennie przychodziły do magazynu towary. Czarna Perła zdążyła w tym czasie wypłynąć i po szesnastu dniach wieczorem wróciła, aby zabrać wcześniej podzielony sprzęty na pokład. Red Moonlight był nieobecny przez pięć dni, później Ai dokładnie kontrolowała ilość rodzaj i cenę rzeczy, za które przyszło jej zapłacić, a minę miała nie tęgą. Kiedy już oba statki zostały przygotowane do dalszej podróży McGregor w asyście Pani Kapitan pożegnał się ze swym przyjacielem i odpłynęli z portu w Nassau.
Przez pierwsze dwa dni wiatr im sprzyjał, lekki wiejący z południowego zachodu pozwalał leniwie przepłynąć wyspy Bahama od wschodu. Kiedy trzeciego dnia byli na wysokości St. Augustin pogoda się zmieniła i znienacka przybył sztorm i niesprzyjający północny zimny front, przez który musieli nadłożyć pięć dni drogi. Statki wyszły co prawda z tego prawie bez szwanku, ale zginęło w czasie sztormu pięciu żeglarzy. W tej smutnej i nieciekawej posztormowej atmosferze przyszła flauta. Nie mogli ruszyć z miejsca przez dobre trzy, a może cztery dni w prażącym Słońcu. Do brzegu było dobry dzień drogi przy słabym wietrze. Kiedy w końcu pojawiły się piątego dnia wieczorem słabe podmuchy, cała załoga sprężyła się i robiła wszystko, żeby wykorzystać tyle ile los im przyniósł szczęścia. Przez całą noc przepłynęli z piętnaście mil morskich przy wciąż zmiennym wietrze. Dopiero nad ranem wiatr ustabilizował się i złapali baksztag dzięki któremu halsując późnym wieczorem na horyzoncie zamajaczyły światła St. Augustin. Wpłynęli na redę i przeczekali tak dzień z utęsknieniem wypatrując lepszego wiatru. Dopiero wieczorem wypłynęli dalej na północ. Księżyc był akurat przed pierwszą fazą i spokojnie mogli kierować się gwiazdami.
- Bądź jak księżyc cicho żeglujący przez uśpiony świat - wymamrotał słowa Flavio stojąc na pokładzie Czarnej Perły, parząc w niebo.


komentarze [15]

XXXIV. Światło latarni na rozszalałym morzu zbiegów okoliczności. >>Ai van der Woods
piątek, 7 września 2007 17:23:34
komentarze [11]



Po dłuższej nieobecności dodaję nową notkę. Miałam nadzieję, że skończę tom I w wakacje, ale jak to ze mną bywa nie udało się. W każdym bądź razie zapraszam do czytania.
No i to by było na tyle
Ahoj
kpt. Ai van der Woods
---------------------------------------------------------------------------------
- Powiedzmy, że chciałbym się przewietrzyć - powiedział patrząc na nią spode łba - czy taka odpowiedz cię satysfakcjonuje moja droga Alice, kapitanie pięknego szkunera "Red Moonlight". Cóż za poetycka nazwa, nieprawdaż?
Milczała, bacznie mu się przyglądając.
- Przechodząc do rzeczy... Chciałbym wiedzieć na jaki dzwonek mnie tu trzymasz? Czy mam być ci do czegoś potrzebny, Czarny Aniele Pirackiego Świata?
Zmrużyła lekko oczy. Tlił sie w niej gniew i zdziwienie jednocześnie.
- Milczysz... Rozumiem, że nie masz zamiaru mnie o czymkolwiek informować - odczekał chwilę mając nadzieją sprowokować piratkę - tak więc... nie pozwolę się zamknąć na powrót w kajucie. Zawrzyjmy układ.
Nie odpowiedziała, jej twarz stałą się kamienną.
- Ty mnie nie zamkniesz w celi, a ja ci postaram się powiedzieć wszystko co wiem o Pięciu Żywiołach. Co ty na to?
Kobieta usiadła na wolnym krześle, złożyła dłonie na brzuchu i beznamiętnym głosem rzekła:
- Może mam cię jeszcze odstawić w najbliższym porcie?
- Aż tak wielkiej łaski nie oczekuję od Waszej Wielmożności - odparł ironicznie.
Kobieta zaczęła bawić się medalionem.
- Zgoda - powiedziała po chwili - Będziesz jednak mieszkał w swojej celi.
- Myślałem... miałem nadzieję, że dostanę wygodniejsze lokum...
- Nie przeciągaj struny - odparła gniewnie.
Mężczyzna nie zareagował, niemniej na jego twarzy pojawił się paskudny uśmiech. Ai odwróciła wzrok, przypomniały jej się wspomnienia o inkwizytorach - starych napalonych dziadach, co myśleli tylko o dwóch rzeczach: torturach i chędożeniu. Wstała i przeszła się po kajucie.
- Tak więc, co wiesz o Klątwie, czy też Skarbie Pięciu Żywiołów? - spytała stając przed oszklonymi drzwiami komody. Odbijała się w nich postać McGregora.
- Pytasz się co wiem? - odpowiedział - Cel twojej podróży leży na wyspie położonej daleko na północy. Kurs wyznaczyć możesz stawiając nad mapą swój medalion. Podróż nie będzie ani łatwa...
- ...ani krótka - wciął się drugi głos. Ai momentalnie odwróciła się w stronę wejścia, gdzie to stał nie kto inny jak Miguel - będziesz musiała opłynąć cały kontynent od Wschodu. Najlepiej będzie obrać kurs na Nassau, uzupełnimy tam zapasy. Powinniśmy wypłynąć w pierwszą noc po nowiu albo jak wolicie za jakieś dwa tygodnie.
Kobieta nie kryła zaskoczenia. Usta miała szeroko otwarte.
- A ty skąd to wszystko wiesz? - spytała po długiej pauzie.
- Tak się składa, że ja a właściwie moja rodzina należy do „Znamienitych Rodów“ z zagadki - odparł spokojnym głosem - pan McGregor, tak się składa, jest moim wujem... oj no nie patrz tak na mnie - odparł widząc wrogą minę na twarzy piratki - nigdy nie pytałaś o moje koligacje z zamożnymi Nowego Świata.
Ai spuściła głowę. Milczała. Włosy zasłoniły jej twarz ukrywając cyniczny uśmiech, który rozkwitł na jej twarzy. Obaj mężczyźni przyglądali się jej z uwagą.
Gwałtownie poderwała głowę do góry, w oczach pojawiły się tajemnicze iskry.
- Jak świat długi i szeroki, zakładam, że chcecie zapłaty za informacje...- trudno było nazwać to pytaniem.
Miguel spojrzał na swego „wuja“, a później znów na Ai. Zsunął kaptur odsłaniając swoją trupio bladą twarz, włosy lekko spłynęły mu na ramiona, a oczy zaszły lekką mgłą. Stary McGregor rozsiadł się wygodnie na krześle.
- Ja już swoje warunki, wydaje mi się, ustaliłem - odparł znudzonym głosem - nie wiem jak mój siostrzeniec...
- Nie wypowiem się w tej kwestii, jeśli łaska - odpowiedział siadając na koi Ai.
Kobieta lekko uniosła brwi.
- Nie powiem, zaskakujecie mnie...
Podeszła do krzesła i z pełną klasą usiadła na nim.
- Przywykłam do płacenia słono za każdą uzyskaną informację, ale nie będę wnikała w pobudki jakie wami kierują - zaczęła zabawiać się medalionem - przejdźmy panowie od razu do rzeczy...

* * *

Nim słońce wstało Pani Kapitan wyszła na pokład swojego okrętu. Przeszła się w tą i z powrotem. Płaszcz lekko furkotał na wietrze, a luźne spodnie napełniły się powietrzem jak dwa balony.
Załoga mająca poranną wachtę obserwowała ją z uwagą.
Ai przystanęła i rozejrzała się wokół. Czarna Perła cięła fale o pół mili przed nimi. A niech płynie pierwszy i tak nie wie gdzie, myślała, czasy się zmieniają. Weszła na mostek kapitański, lecz nie stanęła za sterem. Oparła się o reling i obserwowała spienione fale pozostawiające ślad za rufą. Nagle jej wzrok przykuł mały czarny punkt na horyzoncie, który znikł po chwili. Ai zwęziła oczy i pogłaskała się wierzchem dłoni po brodzie. Podeszła do sterburty i po drabince wdrapała się do bocianiego gniazda.
Zamieniła słówko z Kat, zwaną Oczkiem. Na pierwsze pytanie jakie zadała Ai dziewczyna pokręciła przecząco głową. Za to po drugi rozległo się krótkie „Aye”, po czym Pani Kapitan zeszła z powrotem na dół i przemaszerowała przez pokład do schodów prowadzących na niższe poziomy. Zeszła do kajuty Arveny, zastała ją śpiącą w najlepsze na swojej koi.
Ai nie chciała budzić kamratki. Podeszła do krzesła stojącego naprzeciw koi i wygodnie się na nim rozsiadła. Wszystko by się jej udało gdyby nie skrzypiąca podłoga. Szarobłękitne oczy momentalnie otworzyły się i instynktownie zlokalizowały źródło dźwięku. Pani Kapitan uśmiechnęła się do przyjaciółki. Arvena odwzajemniła uśmiech, powoli wstała i przeciągnęła się. Zaspanym głosem spytała:
- Co cię do mnie sprowadza, Moja Droga, o tak wczesnej porze? Nie mogłaś spać?
Ai nie przestawała się uśmiechać. Założyła nogę na nogę i spojrzała w stronę bulaju, zza którego było widać wschodzące leniwie słońce.
- Dziwny jest ten świat... - odparła.
- Co masz na myśli? - spytała wstając z koi. Miała na sobie jednie koszulę. Podeszła do krzesła, gdzie leżała reszta jej odzienia.
Ai wzruszyła ramionami. Opowiedziała jej o całym zajściu, które miało miejsce w nocy. Arvena w tym czasie zdążyła się ubrać i gdy opowieść miała się ku końcowi spytała:
- Czy mogłabyś?
Pani Kapitan zatrzymała się w pół zdania, wstała i pomogła Arvenie zawiązać gorset.
- I tak mamy już mgliste jak na razie wyjaśnienie - kontynuowała - Musimy popłynąć do Nassau a później kierować się na północ. W tym czasie lepiej żebyśmy nie tracili nikogo z naszej hm... „cennej załogi“, że się tak wyrażę.
- Oczywiście, to zrozumiałe - odparła kamratka, odwracając się przodem do przyjaciółki.
Ai z powrotem wróciła na krzesło i obserwowała jak przyjaciółka podchodzi do komody, gdzie leżała szczotka do włosów i przeglądając się w lustrze wiszącym na ścianie. Długo rozczesywała swoje splątane blond włosy.
- Uważam, że Sparrow powinien wiedzieć jak najmniej.
- Też tak sądzę.
Zawiązała chustę na głowię i ubierała wysokie czarne oficerki. Obdarzyła Ai niewymownym spojrzeniem
- Wyglądasz marnie.
- Co ty nie powiesz - zakpiła.
- Chyba przyda Ci się porządne śniadanie, zgotowane z kota przez naszą szanowną Sam.
Ai spojrzała na nią zdziwiona i obie wybuchnęły gromkim śmiechem. Wyszły z kajuty kierując się do kubryku. Zastały sporą część załogi przy stole, a Sam krzątającą się po swoim królestwie. Dwie piratki usiadły obok siebie na ławie, chwyciły za drewniane miski i chamskie drewniane łyżki. Śniadanie może nie wyglądało zbyt apetycznie, ale smakowało całkiem znośnie. Nikt nigdy nie pytał z czego Sam robi swoje specjały - wystarczyło wszystkim, że było zjadliwe i dawało siły do walki z morzem. Ai nie mogła przestać myśleć o tym czego dowiedziała się dzisiejszej nocy, a co za tym idzie jedzenie szło jej niemrawo. Dopiero kiedy Arvena szturchnęła ją łokciem, piratka wróciła na zimie i wzięła się ostro do jedzenia.
Wyszyły obie na pokład. Każda skierowała się w swoją stronę życząc sobie udanego dnia. Ai wreszcie mogła całą tą zagadkę o Skarbie i Klątwie poskładać jakoś do kupy. Początek ich najprawdopodobniej życiowej wyprawy zaczynał się na Nassau.
Rozkazy zostały wydane, rozwinięto białe żagle i obrano kurs na północny wschód. Na pokładzie rozbrzmiały melodie umilające pracę na okręcie. Ai jednak nie umiała się pozbyć dziwnego wrażenia, że jest ciągle obserwowana i to nie przez swoją załogę, ani Czarną Perłę... lecz przez kogoś obcego.
- Powietrze śmierdzi mi tu zdradą- szepnęła do siebie, mocniej zaciskając dłonie na sterze - a to mi się nie podoba.


komentarze [11]

XXXIII. Miguel Angel Asturias >>Ai van der Woods
sobota, 7 lipica 2007 16:14:19
komentarze [25]



Nowy rozdział (ech już od ponad miesiąc nic nie dodawałam). Zapraszam do czytania.
Ahoj
kpt.Ai van der Woods
------------------------------------------------------------------------------------
Przez dobrych kilka minut Ai nie mogła unormować swojego oddechu, wielkimi haustami łapała powietrze. Ubranie miała, tak jak resztę swojej osoby, całe przemoczone. Kiedy odgarnęła mokre splątane włosy z twarzy, rozejrzała się wokół siebie- znajdowali się w jaskini, gdzie jedynym źródłem światła była pochodnia, którą trzymał jej wybawca w ręku. Płomień pochodni był niestabilny, skądś przychodził wiatr. Ai odwróciła się z powrotem w stronę podziemnego jeziora. Ze ściany tryskał potężny wodospad zasilając zbiornik. Siła prądu tryskającego ze ściany i wpadającego do jeziora robiła przytłaczający hałas potęgowany przez powracające echo.Pochodnia dawała wystarczająco światła, aby kobieta mogła zobaczyć zwisający ze stropu jaskini stalaktyty i wyrastające niedaleko stalagmity. Resztę jaskini spowijał mrok. Wybawca Pani Kapitan odstawił pochodnie, złapał ją silnie za ramiona i postawił na nogach. Ai próbowała dojrzeć twarz mężczyznę skrytą pod ciemnym kapturem, ale blask pochodni był za słaby.
-Ty się nigdy nie zmienisz Ai- odezwał się do niej tajemniczy wybawca, posiadał melodyjny głos z lekką nutką naturalnego cynizmu.
-A ty za to zostaniesz chyba na zawsze moim wybawcą Miguel- odpowiedziała niechętnie- da się tu dojść w inny sposób ?
-Chodź za mną- powiedział mężczyzna i ruszył w stronę jednej ze ścian, w której były wykute stopnie- weź!- rozkazał dając piratce druga pochodnię.
Wspięli się po stopniach. Wszędzie było wilgotno i przyjemnie chłodno w porównaniu z duchotą panującą na zewnątrz. Weszli do kolejnej groty.
Ukazała się przed nimi przestronna jaskinia o równym dnie, na ścianach płonęło kilka pochodni. Naprzeciw miejsca gdzie się znajdowali za oszklonych drzwiczkami serwantki znajdowało się parę kryształowych kieliszków i kryształowa karawaka z winem. Obok serwantki stała ładna sofa i dwa fotele w kolorze ciemnej butelkowej zieleni z rzeźbionymi . poręczami.Pod ścianami stało tu kilka regałów zapełnionych książkami, sekretarzyk gdzie w słoiczku z atramentem wstawionych było kilka piór. W koncie groty Ai zauważyła za cienkim najprawdopodobniej lnianym parawanem wygodne duże łóżko, a przy nim małą szafkę. Całości dopełniały leżące no podłodze dywany i piękne obrazy wiszące na ścianach.
-Nieźle się urządziłeś- nie kryła swojego zdziwienia na widok tego co zobaczyła.
Kiedy Ai otrząsnęła się z pierwszego szoku spojrzała na swego towarzysza. Miguel zdążył zdjąć kaptur, lecz głowę miał zwrócona w inną stronę tak, że kobieta nie mogła dojrzeć jego twarzy.
-Rozgość się- powiedział pokazując ręką sofę- twoi przyjaciele z tego co słyszałem już chyba znaleźli schody- rzucił jej suchą szmatę wyciągniętą z ciężkiego kufra- wytrzyj się. Zimno ci?- spytał odwracając się do niej frontem.
-Ninie- odparła z lekko drżącym głosem –wyglądasz... inaczej niż jak się rozstaliśmy kilka ładnych lat temu- odparła po dłuższej pauzie.
-Zapewne...
Twarz mężczyzny była biała jak śnieg, nos mocno zadarty, a oczy duże i czarne jak żagle Perły. Ciemne kształtne brwi i kręcone krucze włosy opadające lekko ramiona. W słabym świetle uwydatniała się chudość kościom policzkowym nadając twarzy przerażający wyraz. Drobne różowe usta wykrzywiły się w dziwnym wesołym uśmiechu.
-Nie widziałaś mnie dobrych dziesięć lat.
-Co ci się stało?- spytała kiedy zdołała już się opanować.
-Hm... tak jak Cię prosiłem zostawiłaś mnie na Tortudze...- powiedział- kilka dni mieszkałem u Racheli, co ja mówię kilkanaście dni... może nawet dobre dwa miesiące. Ty w tym czasie zdołałaś opuścić wyspę. Przez następne dwa może dwa i półkroku krążyłem po Karaibach...
-Jak ty tu trafiłeś?- weszła mu w słowo.
-Jak? Bardzo prosto, uciekłem ze statku. Płynąłem właśnie na jakimś hiszpańskim okręcie kupieckim, zacumowali tu po sztormie, który zabrał wielu ludzi, brakowało im wody i pożywienia. Cumowali tu ładne dwa może trzy tygodnie zanim odpłynęli. Ja zostałem, pewnie nawet nie zauważyli mojego zniknięcia. Siedzę tu od jakiś... niech no pomyślę... pięciu, nie siedmiu lat.
Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale usłyszał zbliżające się kroki. Kotara odsłoniła się i w przejściu pojawiła się Arvena, a za nią weszła reszta znamienitego towarzystwa. Miguel zdarzył naciągną kaptur znów skrywając twarz.
Ai udawała spokojną, wygodnie rozwaliła się na sofie, założyła nogę na nogę i z lekkim uśmiechem na ustach wyciskała wodę z włosów. Jednak jej bystre ciemne oczy wodziły za Miguelem.
-Ale nam napędziłaś stracha...- rzekła Arvena udając oburzenie- gdzieś ty się podziewała?
-Pływałam, nie widać? Nie ma to jak orzeźwiająca kąpiel w czystych wodach podziemnego "źródełka", to lepsze niż sztorm.
Miguel stanął z boku i bacznie obserwował całe towarzystwo, spod głębokiego kaptura widać było jedynie oczy. Ai wstała i podeszła do niego.
-Panie i panowie przedstawiam wam mojego starego znajomego Miguela Angela Asturiasa- powiedziała trzymając jedną ręką za ramię, jakby bojąc się, że jej ucieknie. Mężczyzna skłonił się i nic nie odpowiedział. Cały czas mierzyła kapitana Sparrowa przenikliwym spojrzeniem. Trudno się dziwić, bo Jack bacznie rozglądał się po grocie jakby czegoś szukał
- Jack, szukasz czegoś?- spytała w końcu.
-Nie, podziwiam jedynie to piękne miejsce urządzone z takim smakiem. Długo pan tu mieszka, panie Miguel?
-Proszę tylko bez tego Pan, wystarczy Miguel. A co do twojego pytanie, będzie jakieś siedem lat.
-Ładnie się pan tu urządził, trzeba przyznać- odparł z chciwym uśmiechem.
-Też tak sądzę i dziękuję kapitanie za uznanie.
Przez chwilę nastała krępująca cisza.
-To tu mieliśmy dojść?- spytał ktoś z załogi Perły.
-Mniej więcej- odparła Ai.
-Można tutaj dojść jedynie przez ten wodospad?- zadała pytanie Arvena.
-Nie, jest jeszcze jedno przejście- powiedział Miguel i podszedł do ściany, nacisnął klamkę ukrytą w gobelinie. Otworzył się przed nimi piękny widok na polanę, gdzie płynęła mała rzeka i gdzie w dole stacjonowało kilka małych chat tubylców.
-Oni są nieszkodliwi, zapewne już od dawna wiedzą, że tu jesteście- odparł mężczyzna- jeśli wam czegoś trzeba, oni wam pomogą.
Grupa wyszła z jaskini, przemierzyli połowę polany. Ai obserwowała oddalającą się postacie.
-Jesteś mi potrzebny Michael, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
-Bardziej niż w tedy kiedy cię skatowali i ledwo trzymałaś się przy życiu?
-Bardziej...
Zamknęli wejście do groty i nie wychodzili z niej aż do momentu kiedy zarządzono, że oba okręty są gotowe do wyruszenia na kolejną wyprawę.
Po trzech dniach dokonano niezbędnych napraw, uzupełniono zapasy i na statkach dumnie postawiono wszystkie żagle. Zostawiono piękne wybrzeże Laguna Madre za sobą.
Red Moonlight płynął za Czarną Perłą. Pani kapitan trzymała ster w mocnym zdecydowanym uścisku. Zastanawiała się, co też może ją czekać tym razem, co czeka ją na końcu tej wyprawy.
-Nie masz chyba nic przeciwko Miguel, że będziesz w jednej kajucie z Gwen- rzekła widząc zakapturzoną postać wychodzącą na pokład okrętu.
-Ależ nie, w końcu mamy podobne profesje.
-Rozumiem
-Gdzie chcesz teraz płynąć?
Piratka spojrzała na niego rozświetlonymi w zachodzącym słońcu oczami, uśmiechnęła się szatańsko, co przy jej ciemnej karnacji i czarnych włosach dawało diaboliczny efekt.
-Na karań świata- powiedziała po dłuższej pauzie. Oderwała wzrok od swojego towarzysza i spojrzała na horyzont. Twarz zmieniła jej się nieznacznie, oczy lekko posmutniały, ale nie traciły swojej naturalnej życiowej iskry. Silny wiatr rozwiał włosy Pani Kapitan, niepokorne kosmyki muskały twarz kobiety. Złoty medalion na szyi odbijało promienie słońca. Kobieta wyglądała jak posąg, silny i niewzruszony, jak galion okrętu z kamienną twarzą pełną uczucia, delikatnie wyrzeźbiona silnymi dłońmi stolarza artysty, a na zgrabnej szyi zwieszony złoty symbol statku, którego przyozdabiała. Po chwili Miguel wrócił z powrotem na pokład okrętu, kobieta, którą podziwiał wydawała w tej chwili stosowne rozkazy i zeszła ze stanowiska, blokując uprzednio ster. Przeszła się spokojnym miarowym krokiem po pokładzie.
-Twoje marzenie się spełniło- rzekł pełnym powagą głosem.
-Co masz na myśli?- odparła lekko przekrzywiając głowę w jego stronę, jej kapitański płaszcz zafurgota przy nagłym powiewie wiatru.
-Nie pamiętasz jak ponad dziesięć lat temu, kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy, odpowiedziałaś mi co jest twoim największym marzeniem?- spytał, cały czas jego twarz była skryta pod długim ciemnym kapturem płaszcza.
-Hm... przypomnij mi- odparła po chwili namysłu.
-Dopięłaś swego, jesteś silna i niezależna, a także masz swój okręt- odparł odrywając plecy od grotmasztu i podchodząc do niej.
Stanęli obok siebie, ramię w ramię, wpatrzeni w taflę wody czerwonej niczym wino. Nagle Ai złapała go za ramię w przyjacielskim uścisku. Na co mężczyzna odpowiedział jej serdecznym uśmiechem lekko odsłaniając twarz spod kaptura.
-Nie wiem jak to robisz, ale nawet pomimo tak dużego okresu rozłąki nadal znasz mnie równie dobrze jak Arvena. Ech... baracie.
-Tak wiem, tęskniłaś za mną- odparł i roześmiał się serdecznie- tak samo nie wiem jak ty to robisz, że mogę być na końcu świata, a ty i tak mnie odnajdziesz bez najmniejszego problemu, ech... siostro.
Roześmiali się oboje. Przeszli przez pokład i zamknęli się w kajucie kapitańskiej. Wybito trzecią szklankę, zmieniono wachtę, na okręcie panował spokój. Kiedy słońce zaszło, a księżyc wspiął się wysoko nad horyzontem, Ai wraz z Miguelem wyszli z kajuty i przeszli w milczeniu przez pokład, nie potrzebowali słów. Wszystko zostało już powiedziane. Stanęli na dziobie i spoglądali na gwiazdy, rozświetlone przez księżyc morskie fale. Nocna cisza przynosiła spokój i ukojenie.
-Lui możesz podejść?- powiedziała, intuicyjne wyczuwając francuza wynurzającego się z kubryku.
Bez słowa podszedł do pary i oparł się plecami o fokmaszt, skrzyżował ręce na piersi wyczekując na to, co chciała mu przekazać Pani Kapitan.
-Luis pamiętasz Miguela ?- spytała odwracając się do niego frontem.
-Chyba nie mieliśmy okazji...- odparła, ale zamilkł, w momencie kiedy towarzysz Ai odwrócił się- Michael?- jego twarz wyrażała wielkie zdziwienie z mieszanką niedowierzania- Ty tutaj?
-Ja tutaj- odparł mężczyzna i uśmiechnął się.
Luis podszedł do Miguela i uścisnął go serdecznie.
-Widzę, że musiałeś się ukrywać i do tego zmienić nazwisko co? Czyżby hrabina przestała Cię już obsypywała podarunkami, kiedy zostałeś przyłapany na zdradzie? Czy ty nie uleczyłeś jej od bezpłodności? Moment, Ty chyba nawet nie wiedziałeś, że zaszła w ciążę prawda ?- spojrzał na niego podejrzliwie.
-Ech... stare czasy, ale tak była w ciąży, jednak świetnie zdawałem sobie z tego sprawę.
-Zdradziłeś ją i musiałeś uciekać. Coś wiem o tym jaka kapryśna może być kobieta przy nadziei. Nie zazdroszczę Ci chłopie. Ech jej wściekłości odbiło się nawet w Paryżu.
-Domyślam się. Ukrywając się przez jakiś czas na Tortudze. Zmuszono mnie bez możliwości odmowy do zaciągnięcia się na ten, że okręt i zmuszono do opieki nad jego kapitanem. Lepsze to niż domorosła hrabina z jakimś bachorem. W sumie była w tedy, gdy ją opuściłem bodajże w czwartym albo piątym miesiącu.
-A wiesz, czy dziecko się narodziło?
-Zapewne taak, z tego co się dowiedziałem to tak, bliźnięta, dwaj chłopcy. Obaj przeżyli, a matka zmarła na gorączek połogową.
-No czego ja się tu dowiaduje- odparła rozbawiona Ai- nie spodziewałam się, że był z Ciebie taki hulaka. No, no Michael zadziwiasz mnie.
-Nigdy nie widziałem się w roli ojca, a tym bardziej z kobietą stanu hrabiny Lazuli i jej męża hrabiego Lapisa.
-Byłbyś bogaty, może nawet pan hrabia by cię uznał, kiedyś. W sumie gdybyś nie uciekł, a ona z miłości nie po przysiągłby Ci zemsty, mógłbyś być bogaty i wieść spokojny żywot na jakieś małej zakichanej francuskiej wysepce- zaśmiała się w głos piratka, a reszta jej za futrowała.
Miłą atmosferę jednak musiałby przerwać obowiązki. Mary ze swoją głową wynurzyła się z kubryku. Jej mała ruda kędzierzawa głowa, osmagana słońcem twarz i ciemnozielone oczy tak zwykle radosne teraz smutne, na małych kształtnych różowych ustach malowało się przejęcie.
-Pani kapitan- rzekła piratka, kiedy podeszła do Ai. Była od niej o pół głowy niższa, o silnych ramionach. Piratka ceniła ją za, to że w ciężkich chwilach napawała załogę nadzieją. Jak mocno się zmieniła od czasów, kiedy to Arvena zabrała ją z Tortugi, pomyślała Pani Kapitan, jednak nie ma co zaprzeczać, wyładniała, opalenizna dodała jej uroku. Mary mała, chudziutka kilkunastoletnia dama lekkich obyczajów jaką kiedyś byłaś zmieniła się w silną kobietę pirata. Ai szybko otrząsnęła się z zamyślenia i spojrzała poważnie na swoją podwładną.
-Tak Mary. Co się stało?- głos pani kapitan przybrał barwę łagodności, ale w pełni poważny i rzeczowy.
-Lepiej nich pani zejdzie pod pokład- odparła, a jej twarz nagle pobladła.
-Już- odparła Ai i szybkim krokiem przemierzyła pokład, zeszła zejściówką poniżej linii pokładu.
Już na korytarzu usłyszała krzyki wydobywające sie z kambuzy. Kiedy otworzyła drzwi pod jej nogami rozbiło się coś szklanego. W momencie, kiedy podniosła głowę do góry, w twarz dostała metalową chochlą. Poleciała do tyłu i by się przewróciła, gdyby nie Miguel jej w porę nie złapał. Kobieta złapała się za głowę.
-Wszystko w porządku?- spytał z troską.
-Myślę że tak, ale bez dwóch zdań.. uch.. będę miała śliwę- powiedziała stając twardo na własnych nogach- I KTOŚ BĘDZIE MI MUSIAŁ ZA TO ZAPŁACIĆ ! – wrzasnęła nie przestępując progu pomieszczenia.
Krzyki ucichły w sekundę. Coś głucho łupnęło o podłogę.
-CO TU SIĘ DZIEJE DO CIĘŻKIEJ CHOLERY!- powiedziała przekraczając próg upewniwszy się, że już nic w nią nie poleci. Rozdeptała szkło leżące na podłodze. Oparła się o pierwszy stół stojący przy drzwiach i zaczęła nerwowo stukać o blat palcami- No, Ja czekam...
Kobiety spojrzały po sobie, zmieszanie kwitło na ich twarzach. Samantha chciała coś odpowiedzieć, ale tylko otwierała i zamykała usta niczym ryba. Ai spojrzała wrogo po kobietach , rozmasowując sobie bolące nabrzmiałe miejsce na czole.
-Mary może ty mi powiesz co tu się stało?- spytała.
Rudowłosa wynurzyła się zza pleców Luisa i podeszła do Pani Kapitan.
-Mc.. McGregor uuciekł ...- odparła lękliwie.
-My próbowałyśmy go złapać, bo wleciał jakieś kilka minut temu do kambuzy.
-Ale umknął wam, mam rozumieć- odparła Ai.
-A..aye- chórem odpowiedziały jej kobiety.
-NO TO JAZDA! OBUDZIĆ RESZTĘ ZAŁOGI! NIECH WSZYSCY GO SZUKAJĄ !- wydarła się Pani Kapitan.
Na pokładzie zapanowało nie małe zamieszanie, wszyscy ruszali się jak w ukropie. Większość załogi przeczesywała pomieszczenia pod pokładem, a reszta szukała skazańca na górze. Ai wydała odpowiednie rozkazy i weszła do swojej kajuty. Z lekkim zdziwieniem stwierdził, że drzwi nie są zamknięte na klucz, a była pewna, że kiedy wychodziła, zamykała je. Weszła do swojej kajuty i z pełną powagą spojrzała ma mężczyznę siedzącego na jej krześle przy biurku, z nagami na blacie.
-Co znudziło ci się siedzenie w celi?- spytała ironicznie.

komentarze [25]

XXXII. Laguna Madre >>Ai van der Woods
czwartek, 31 maja 2007 23:06:57
komentarze [11]



No i o to nowy świeży rozdział. Mam nadzieję, że warto było czekać. Zajęło mi to prawie trzy tygodnie pisanie go, ale mnie osobiście przypadł do gustu ^^ nie wiem jak wam. W takim bądź razie zapraszam do czytania.
Wiem, że mogą wystąpić błędy (w terminologii czy gdziekolwiek), za które z góry przepraszam.
Ahoj
kpt. Ai van der Woods
-------------------------------------------------------------------------------
-Naprawdę uważasz mój stan jednoznacznie wskazujący na nieświadomość tego, co się wokół mnie dzieje?- spytała beznamiętnym głosem nie poruszając się na koi.
-A ty myślałaś, że co ja chciałbym ci zrobić?- spytał pirat, opierając się plecami o drzwi
-Nawet mi to przez myśl nie przeszło, żebyś mógł mnie wykorzystać. A gdzieżby tam...
Skrzyżował ręce na piersiach i przyglądał się kobiecie leżącej bezładnie na łóżku. Nie prezentowała się zbyt okazale. Rozrzucone ciemne włosy zasłaniały jej twarz. Ubranie na skutek harców i szarpaniny było w nieładzie; tu wystawał kawałek koszuli, który przedtem był w spodniach, tam nogawka lekko rozdarta i podwinięta, buty ledwo trzymały się na nogach.
Kobieta w końcu podniosła się z posłania, zaczesała włosy dłonią do tyłu, a następnie zapięła guziki koszuli zauważając, że dwóch jej brakuje. Pirat miał wystarczająco dużo czasu, aby napatrzeć się na to, co skrywała koszula i wbrew pozorom nie było to zbyt przyjemny widok.
-Skąd u ciebie taka paskudna szrama?- spytał po chwili milczenia.
-Mówisz o tym?- odpowiedziała Ai odsłaniając bez oporu bliznę, która biegła od lewego obojczyka przez prawą pierś, aż do miejsca gdzie kończyły się żebra- hm... trofeum po niekoniecznie udanej akcji- dodała lakonicznie zapinając ponownie koszule - jak widać jakoś się wylizałam.
-W to nie wątpię, ale szczerze mówiąc uważam, że lepiej wyglądasz...
-Bez koszuli- weszła mu w zdanie- wiem. Już to od ciebie raz słyszałam. Jak widać jest parę powodów, dla których nie noszę się w negliżu.
-Blizny dodają uroku- mówiąc to z dziwnym uśmiechem na twarzy zaczął powoli zbliżać się do koi.
-Blizny... hm... mają też poniekąd na to wpływ...
-Ciekawe, co ty tam jeszcze możesz skrywać pod tą jakże uroczą czerwoną koszulą...- przystanął trzy kroki od Ai.
-Nic co by cię mogło zainteresować- odparła chłodno odwracając się do niego plecami i wpatrując się w piękną gwieździstą noc za oknem.
-Jestem innego zdania...- przysiadł na koi i położył rękę na jej ramieniu.
Kobieta wstała w tej samej chwili i podeszła do okna. Dotknęła dłonią zimnego szkła okiennych szyb. Jack podszedł do niej i odsłaniając ręką włosy złożył delikatny pocałunek na jej szyi. Piratka lekko zadrżała.
-Uważam, że to nie najlepszy pomysł Jack- powiedziała zimnym lekko drżącym głosem odwracają głowę lekko w stronę jego twarzy.
-A ja jednak uważam, że to jest odpowiednia chwila na taki pomysł- jego twarz wędrowała po ramieniu kobiety drażniąc szorstką brodą jej nie najdelikatniejszą już skórę. Piratka toczyła ze sobą wewnętrzną walkę, nie chciała się tak łatwo oddać.
Pirat powoli zaczął zdejmować z kobiety koszulę. Całe plecy były poprzecinane licznymi bliznami po oparzeniach, a raczej przypaleniach. Ran ciętych nie dało się zliczyć, a wszystko to wieńczyły trzy ciemne blizny po postrzałach. Najbardziej jednak zaintrygowało mężczyznę rozległe dwie symetryczne blizny można było nawet powiedzieć znamiona między łopatkami a kręgosłupem.
-A to co?- spytał dotykając dłonią jedno ze znamion.
-Chcesz wiedzieć?- spytała odwracając się do niego frontem. Wzrok miała poważny i przenikliwy jakby znów chciała wiedzieć, o czym ten dziwny osobnik o ciemnych oczach podkreślonych czarną obwódką myśli. Tak tym jak i za każdym razem nie udało jej się nic wyczytać w tym tajemniczym spojrzeniu- więc?- dodała po chwili milczenia, oderwała od niego wzrok i rozejrzała się po pomieszczeniu- ta kajuta nie ma ośmiu i pół metra szerokości prawda?
-A czemu pytasz?- zdziwiło go to pytanie.
-Jeśli chcesz, abym ci pokazała, co te „dziwne blizny” znaczą muszę mieć przynajmniej osiem i pół metra.
Pirat spojrzał na nią podejrzliwie i mimowolni zaczął gładzić się po brodzie.
-Ech nie ważne- powiedziała Ai, odeszła od niego kilka kroków i rozkładając dłonie spowodowała w dziwny sposób, że blizny zniknęła. Pirat podszedł do niej ze zdziwioną miną, chciał coś powiedzieć, nie zdążył. Kobieta złapała go za rękę, gdzie miał po niej znamię i spowodowała, że mężczyzna poczuł coś na kształt przypalania, w konsekwencji osunął się na ziemię tracą przytomność. Ai spojrzała na niego, mogła zrobić z nim w tej chwili wszystko. Zapięła ponownie koszulę. Przez moment stała i gładziła się po lewej ręce zastanawiała się, co teraz zrobić z piratem. Nachyliła się nad nim i złapała go pod ramiona. Przeciągnęła go do koi i jakoś wciągnęła na posłanie. Zabrała jeszcze klucze od drzwi. Schyliła się nad nieprzytomną twarzą mężczyzny i wyszeptała:
-Już nie długo Sparrow, już niedługo będę musiała znosić twoją uporczywą obecność... - złożyła pocałunek na jego czole i wolnym krokiem skierowała się do drzwi. Poczuła nagle, że coś ją ciągnie i nie daje odejść od koi. Odwróciła się i zobaczyła jak w dłoni Sparrowa zaciśnięty jest kawałek swojego pomarańczowego jedwabnego pasa. Mimowolnie podniosła jedna brew. Spróbowała otworzyć jego dłoń, ale była zbyt mocno zaciśnięta.
-I co mam ci oddać ten pas?- spytała i powoli rozwiązała węzeł. Zdjęła pomarańczowy pas- a nich z nim się coś stanie, to mnie Sparrow srogo popamiętasz.
Lekkim krokiem podeszłą do drzwi, otworzyła zamek i wyjrzała na zewnątrz. Zabawa trwała w najlepsze, część już zaczęła przysypiać na ławach, stołach i deskach pokładu. Jakaś butelka poleciała w kierunku drzwi rozbijając się obok na ścianie.
-To jednak zły pomysł- stwierdziła chowając się z powrotem za drzwiami- jeśli nie możesz wyjść przez drzwi wyjdź oknem.
Chłodne powietrze nocy wpadło do kajuty. Ai wspięła się na krawędź okna, prześliznęła się po wąskiej półce wystającej z kadłuba Czarnej Perły, ale po trzecim poślizgnięciu uznała ten sposób za nazbyt męczący. Napięła mięśnie nóg i skoczyła do przodu. Czarne skrzydła prawie dotknęły tafli morze, ale kobiecie udało się wzlecieć do góry. Poszybowała w górę nad pokładem Czarnej Perły i osiadła na czubku grotmasztu. Przez chwilę obserwowała całą zabawę a następnie płynnie okrążyła Red Moonlight od dziobu i weszła przez okno do swojej kajuty. Skrzydła zniknęła, ale dziury w koszuli zostały.
-Cholera, kolejną koszulę zniszczyłam- wściekła się zdejmując podarte ubranie. Zakładając zwykłą biała koszulę, wzięła czerwony pas i obwiązała się nim. Powolnymi krokami wyszła na pokład. Przeszła w stronę dziobu okrętu. Wiatr rozwiewał jej czarne włosy, a koszula nabrała powietrza jak żagiel. Pani kapitan zamknęła oczy i wsłuchała się w dzięki dobiegające z drugiego pokładu. Stała tak przez dobre kilkanaście minut, kiedy poczuła jak czyjaś dłoń złapała ją delikatnie za ramię. Momentalnie odwróciła głowę w bok. Koło niej stał płomienno- rudy Hiszpan z jedną ręką zawieszoną na temblaku.
-Dobrze się bawiłaś u kapitana Sparrowa, moja pani ?- spytał patrząc na nią swoimi przenikliwie zielonymi oczami.
-Nie mogę narzekać- odparła znów odwracając twarz w stronę dziobu- A jak tam twoje ramię?
-Nie najlepiej, ale wyliże się z tego- odparł spokojnym tonem.
-To dobrze.
-Gwen zna się na rzeczy- stwierdził z uśmiechem.
-Co racja, to racja... mam nadzieję, że Luis też będzie mógł to powiedzieć- dodała po krótkiej pauzie. Odwróciła się i kładąc rękę na ramieniu mężczyzny dodała- ja cię teraz opuszczę, baw się dobrze.
Arantx odprowadził piratkę wzrokiem, a kiedy zamknęła drzwi swojej kajuty znów zaczął wpatrywać się w morze i gwiazdy.

Zabawa trwała do białego rana. Tak jak zakładała Ai niewielki odsetek z załogantów był w stanie utrzymać się na nogach. Sama pani kapitan cierpiała na lekki ból głowy, ale nic po za tą uciążliwą dolegliwością. Wyszła na pokład. Przy dziobie siedziała córka Arveny, skulona i wpatrzona w horyzont. Piratka po cichu podeszła do dziewczyny i stanęła za jej plecami, dopiero kiedy chrząknęła znacząco nastolatka poruszyła się nieznacznie.
-Aj pani kapitan...- wymruczała.
-Mogłabyś mi powiedzieć, co spowodowało twoją histerię kilka dni temu ?- spytała bezpardonowo.
-Nie ważne- odparła chowając twarz między rękoma.
-Wiesz, że tak się nie odpowiada starszemu wiekiem, a także stopnie, moja pannico?
Eilis wstała i odwróciła się do Ai. Trzeba było przyznać, że pomimo tak młodego wieku dziewczyna sięgała jej prawie na wysokość nosa. „Mała” miała dość mocną budowę ciała, dobrze by się nadawała na żeglarza, gdyby ją trochę podszkolić mogłaby daleko zajść. Chłodne stalowe oczy hardo spojrzały na piratkę. Ai skądś znała te oczy, tylko skąd, nie umiała sobie przypomnieć.
-Wiem, ale czy ktoś powiedział, że należę do załogi?
Ai mimowolnie podniosła ze zdziwieniem brwi.
-Eilis!- rozległ się karcący ton Arveny.
Dziewczyna zmierzyła jeszcze panią kapitan wzrokiem i omijając ją zeszłą pod pokład.
-A tak nam się przyjemnie rozmawiało- sarkastycznie rzekła Ai, kiedy piratka podeszła do niej.
-Och, co za cholerne słońce- syknęła boleśnie.
-Jak widzisz ja się mam dobrze, bo oprócz raczej mocnej głowy zachowuję też umiar, moja droga- odparła z lekkim rozbawieniem- jaki stan załogi ?- dodała już bardziej oficjalnie.
-Nocna wachta w komplecie, zwarta i gotowa do działania- odparła z kwaśną miną, trzymając się lewą ręką za głowę- reszta... chyba... zdatna do pracy raczej nie jest.
-Ech i jak tu liczyć na sprawną załogę... no cóż, czyli mam sprawnych pięć kobiet tak ?- spytała znacząco spoglądając na Arvene.
-Aj...
-No cóż, lepsze to niż nic-spojrzała na kamratkę zniesmaczona- to ty lepiej idź pod pokład.
-Aj.
Pani kapitan odprowadziła piratkę wzrokiem i ruszyła w stronę mostka. Ai spojrzała na tą garstkę kobiet, które przemykały przez pokład, lekko się zasępiła.
-W takim składzie nie ma co płynąć... – spojrzała na pokład Czarnej Perły, która również stała na kotwicy zwoźnej, panowało istne pobojowisko. Jack właśnie wynurzał się z kajuty w rozpiętej koszuli i z pomarańczowym pasem, odwrócił się do niej i skłonił głęboko. Kobieta zaczerwieniła się i odwróciła wzrok, wolnym krokiem zeszła do kubryku. Kiedy weszła do sypialni załogi od wejścia uderzył ją zapach alkoholu, skrzywiła się nieznacznie i weszła do środka.
W kilka minut cała załoga wybiegła na pokład i zajęła swoje stanowiska. Kiedy ostatnia kobieta wyszła na pokład Pani Kapitan spokojnym krokiem zamknęła drzwi i stanęła za sterem.
-STAWIAĆ ŻAGLE ! WCIĄGNĄĆ KOTWICE ! ODPŁYWAMY ! – ryknęła do załogi, która ruszały się jak w ukropie znając konsekwencje niewykonania rozkazów swojej „przełożonej”. Ai z zadowoloną miną patrzyła jak kobiety w pośpiechu wykonują jej rozkazy. W kilka chwil żagle nadymały się wiatrem i Red Moonlight sunął gładko po tafli zostawiając Czarną Perłę za sobą.
Droga powrotna na Tortugę zajęła obu okrętom ponad dwa tygodnie – natrafili na dwa sztormy, musieli uciekać przez konwojem angielskiej marynarki wojennej i przez trzy dni panowała kompletnie bezwietrzna pogoda. Kiedy dobili do portu obie załogi były kompletnie wykończone, przybili w okolicach południa, a zeszli pod wieczór ze statków.
-Nie balować mi za bardzo jutro w południe wypływamy – przekazała rozkazy Arvena- a ty moja droga zostajesz na pokładzie – zwróciła się do córki, która stała przy trapie. Eilis wywróciła oczami i zeszła pod pokład.
Pani Kapitan miała zamiar spędzić tę noc spokojnie w swojej kajucie szykując plan dalszej trasy.
-Odbić w okolicach Vera Cruz dziesięć stopni na północ...- mruczała do siebie ślęcząc nad mapą.
Nagle z jej zamyślenia wyrwało ją ciche pukanie do drzwi. Podniosła wzrok znad mapy i spojrzała zdziwiona w stronę drzwi:
-Kto idzie?- warknęła.
-To ja, Luis- odparł natręt stojący na zewnątrz.
-Wejść!
Drzwi powoli otworzyły się i stanął w nich Francuz. Wyglądał znacznie lepiej, chodził jeszcze o kulach co prawda, ale już zdrowiej wyglądał z zewnątrz. Ai gestem kazała mu usiąść na krześle, odłożyła kompas i cyrkiel.
-Co cię do mnie sprowadza?- powiedziała składając ręce i odchylając się na krześle do tyłu.
Mężczyzna najpierw chwile obserwował piratkę, po czym rzekła:
-Masz wszystkie klucze i wszystkich wybrańców... co zamierzasz dalej zrobić?
-Jak widzisz mój drogi mamy Tylko klucz i Tylko mapę i Tylko wybrańców. Nie wiemy do czego mają służyć klucze, co wskazuje mapa i do czego potrzebni są powiernicy tych przedmiotów.
-Więc... chcesz znaleźć kogoś kto by nam wskazał kierunek ?
-Bingo!- powiedziała.
-...ale jak?
-O to się nie martw, mam swoje sposoby- to mówiąc na jej twarzy pojawił się tajemniczy uśmiech, a oczy zajaśniały, po chwili ciszy dodała- chciałeś czegoś jeszcze ode mnie?
-Chyba wszystko- odparł.
-No dobrze... chciałabym zostać sama i pomyśleć... czy mógłbyś?- spytała znacząco.
Luis nic nie odpowiedział tylko powoli wstał z krzesła, ukradkiem rzucił okiem na mapę i skierował się do wyjścia. W momencie kiedy Francuz zamykał drzwi Ai podeszła do okna. Na zewnątrz panowała piękna aczkolwiek pochmurna pogoda.
-No to zbiera się na kolejny sztorm- stwierdził splatając ręce na plecach- nie ma to jak pora deszczowa.
Odwróciła się, spojrzała na mapy leżące na biurku.
-Mam czas do południa- stwierdziła i zabrała z krzesła płaszcz i kapelusz.
Zamknęła swoją kajutę na klucz i powoli przeszłą przez pokład. Krótko rzuciła załogantkom, które właśnie miały wachtę, dobrej nocy i zeszła na ląd.
Rankiem piratka obudziła się w jakiejś tawernie, konkretnie nie wiedziała jak tam się znalazła i ile wypiła, ale jej uwagę przykuło to, że obok niej leżał zalany w trupa kapitan Sparrow, Mary, Diana i Gibbs. Przecierając oczy przyjrzała się jeszcze swojej kompani, zebrała swoje ubrania i mało zgrabnymi ruchami próbowała zrzucić z siebie ręce Diany i Jacka, przy okazji budząc swojego pierwszego oficera. Dyskretnie, na tyle na ile im się to w tym stanie udało wybrudziły Mary i wyciągnęły ją z tawerny. We trójkę ruszyły w stronę portu. Słońce aktualnie wisiała jakieś dwadzieścia stopni nad horyzontem. Pijanym krokiem doszły do portu, potknęły się w między czasie raz czy drugi, ale udało się dojść jakoś na miejsce.
-Ekhm...- rozległ się gruby głos za ich plecami- szukają panie kogoś?
Kobiety zreflektowały się i odwróciły do tyłu. Okazało się, że trafiły nie na swój okręt, spojrzały po sobie i jak najszybciej chciały się ulotnić. Schodząc po trapie Diana wpadła do wody i dwie pozostałe musiały jej pomóc wejść z powrotem na keje. Zanim trafiły na swój okręt minęło dobre półgodziny może więcej. Wchodząc do swojej kajuty Ai padła na koje i nie myślała o mapach, trasie czy czymkolwiek tak przyziemnym jak Klątwa Żywiołów, chciała jedynie spać, załoga i tak sobie porazi bez jej pomocy. Z takim beztroskim nastrojem zasnęła.
Obudziło ją szarpanie i czyjeś krzyki.
-Co do czarta ?! – mruknęła otwierając zalepione oczy.
To Arvena wyrwała ją ze snu, miała lekko zdegustowaną minę widząc stan jaki prezentowała jej kamratka.
-Ai, ile ty wypiłaś i z kim?- spytała
-Eem... nie wiem nie pamiętam a co?- spytała otwierając jedno oko.
-Co? Ty się jeszcze pytasz co?- piratka była mocno poruszona- jest prawie druga szklanka a ty śpisz w najlepsze !
-CO?!- poderwała się z posłania, ale na powrót na nie spadła- ech zapamiętać... nigdy nie pić ze Sparrowem.
-No pięknie, zbieraj się.
-Tak, tak- syknęła- jaki kurs obrała Diana?
-Za niedługo zbliżymy się do Santiago- odparła.
-Dobrze, zaraz zmienię jąąąąą...- potężnie ziewnęła.
Kamratka pokręciła głową i rzuciła w przyjaciółkę jej kapeluszem, który leżał przy koi i stanęła przy drzwiach oceniając poczynania swojej Pani Kapitan, która właśnie niezdarnie próbowała się wygramolić z koi. Zleciała z całym impetem pod posłanie i wstając roztasowywała swój niezdarny tyłek. Wzięła kapelusz, po czym naciągnęła go mocno na głowę i skierowała się do wyjścia. Arvena jak dystyngowany lokaj otworzyła jej drzwi kłaniając się w pas, Ai tylko podniosła jedną brew do góry i z krzywym uśmiechem wyszła na pokład. Słońce chyliła się ku zachodowi i piratka nie odczuwała już tak bardzo uciążliwego bólu głowy. Chwiejnym, pijanym krokiem doszła do schodów prowadzących na mostek i demonstrując pełną grację bez żadnego potknięcia weszła do góry, na co załoga odpowiedziała gromkim śmiechem, gdyż w dużym stopniu przypominało to sposób chodzenia kapitana Sparrowa.
-Widzę, że panienki już wytrzeźwiały!- skomentowała luźną atmosferę panującą na pokładzie- Diana, zmienię Cię.
Piratka z wdzięcznością oddała ster swojej Pani Kapitan i zeszła lekkim slalomem pod pokład. Ai rozejrzała się za drugim okrętem, który gładko sunął jakieś pół mili przed Red Moonlight.
-Czy on w ogóle wie gdzie płynąć?- spytała Mary, która właśnie chciała wdrapać się po wyblinkach na reje stermasztu.
-Hm... chyba nie, ale najwidoczniej to chyba dla niego nie problem - odparła z kpiarskim uśmiechem, poprawiła poluzowany węzeł podwięzi wantowej i wdrapała się po drabince do góry.
Kobieta spojrzała do góry, płynęli tylko na fok- i grotżaglach.
-Postawić wszystkie żagle moje panie!- wydała rozkaz- Mamy sprzyjający baksztag od bekburty! Trzeba to wykorzystać !
W kilka minut czerwone żagle nabrały powietrza, zachodzące słońce spowodowało, że nabrały koloru głębokiej purpury. Kiedy zbliżyli się do Czarnej Perły, Ai przekazała sternikowi, który aktualnie stał za sterem, aby płynął za jej okrętem. Sprzyjający wiatr doprowadził ich od Santiago do krańca półwyspu Kuby. Później złapali mocniejszy południowo-wschodni wiatr i przed wschodem słońca zaczął padać drobny deszcz, przeradzając się po trzech godzinach w nawałnicę utrudniając statkom podróż.
Opłynęli od zachodu Kubę i płynąc przez Cieśniną Jukatańską pożegnali się z Morzem Karaibskim wpłynęli na wody zatoki Meksykańskiej, gdzie pogoda nieznacznie się polepszyła. Wiały silne wiatry, padał deszcz i cudem ominęli dwa sztormy cumując niedaleko hiszpańskiego miasta Campeche. Musieli przeczekać złą pogodę i uzupełnić zapasy wody, jedzenia i amunicji.
-Od tego miejsca do Vera Cruz jest już niedaleko, jakieś dwa dni drogi przy sprzyjającym wietrze- komentowała Ai plan dalszej podróży.
-A możesz mi zdradzić dokąd i po co płyniemy?- spytał Jack stojąc nad mapą i przyglądając się trasie jaką wyznaczyła Ai.
-Łaskawi możesz oddać mi pas?
-Nic za darmo skarbie- odparł z szelmowskim uśmiechem.
-Dowiesz się jakie mam plany- powiedziała hardo patrzą mu w twarz.
-Hm... mogę na to przystać- odpowiedział gmerając sobie w brodzie.
Kobieta wyciągnęła rękę po swoją własność.
-Nie, nie, nie... najpierw powiesz mi gdzie płyniemy, a ja postaram ci oddać twoją własność.
Piratka kipiała ze złości, ale cóż mogła zrobić w takiej sytuacji.
-Ech... dobrze, wygrałeś- odparła z rezygnacją na twarzy- jeśli popłyniemy na prądzie florydzkim przy dobrej pogodzie powinniśmy dopłynąć na miejsce za jakieś cztery do pięciu dni- odparła pokazując mu palcem wybrzeże gdzie nie było żadnego miasta, żadnej koloni.
-Chcesz powiedzieć, że płyniemy tutaj?- spytał pokazując na miejsce gdzie zatrzymał się jej palec.
-Tak? Oczywiście w prostej linii cel znajduje się na wysokości Nassau. Możesz mi już oddać mój pas? Pokazałam ci miejsce, do którego płyniemy- odparła wyczekująco.
Sparrow zmierzył ją wzrokiem i wyszedł z kajuty.
-Ej... mój pas- pognała za mężczyzną, który właśnie kierował się w stronę sterburty gdzie na wodzie czekała jego szalupa z dwójką załogantów.
-Dostaniesz w swoim czasie- odwracając się kobieta wpadła na niego- rozumiem, że bardzo ci na nim zależy- na jego twarzy pojawił się chytry uśmiech.
Kobieta odsunęła się od torsu pirata i roztasowując nos mruknęła:
-A idź do diabła Sparrow.
-Pochlebiasz mi- uśmiech nie schodził mu z twarzy.
-Ludzie na ciebie czekają- powiedziała odwracając się do pirata plecami i pomaszerowała w stronę mostka.
Z nastaniem poranka słońce zaczęło pięknie operować, wiała lekka bryza, zapowiadał się piękny dzień idealny do ruszenia w dalszą podróż. Postawiono wszystkie żagle i powoli acz sukcesywnie wiatr się wzmagał w miarę oddalania się od brzegu. Tak jak przewidywała Pani Kapitan, okręty złapały prąd florydzki i szybko opłynęli Zatokę Campeche i wciągu kilku dni przepłynęli koło Vera Cruze. Udało się nie natrafić na żaden sztorm ani nawałnice i w przeciągu czterech i pół dnia dopłynęli. Odbili lekko na zachód i w zatoce zwanej Laguna Madre, zacumowali.
-Bierzmy szalupy Pani Kapitan?- spytała Sara.
-To nie będzie konieczne.
Zeszli na ląd i kiedy cała ekipa złożona z dziesięciu załogantów z Red Moonlight i dziesięciu z Czarnej Perły ruszyli w górę rzeki. Droga trwała ładnych kilka godzin w upalnym wilgotnym tropikalnym lesie. Ostrożność i wyostrzone zmysły były jedynym sposobem aby przetrwać w dżungli. Kiedy natrafili na wodospad Ai zatrzymała się.
-Musimy się wspiąć do góry- powiedziała wskazując na śliskie, mokre skały.
-Jak chcesz to zrobić?- spytał pirat z załogi Jacka.
Kobieta nic nie odpowiedziała tylko wdrapała się jakieś trzy jardy nad ziemią na półkę skalną i poszła dalej. Członkowie jej załoga uczyniło to samo. Piraci z Czarnej Perły ociągała się i podchodziła do takiej wspinaczki z rezerwą.
-Nie będziemy na was czekać, panienki- zawołała do nich ostatnia kobieta niknąc za ścianą wody.
Ai przeszła pod wodospadem i weszła do ciemnego wilgotnego tunelu, gdzie pełno było pajęczyn i roślin zwisających ze ścian. Pani Kapitan lekko się wzdrygnęła i przeszła dalej torujące reszcie drogę. Wraz z oddalaniem się od wyjścia robiło się coraz ciemniej, a nie mieli ze sobą pochodni, żeby móc sobie rozświetlić drogę. Słychać było tylko huk wodospadu i krople wody spadające z sufitu. W pewnym momencie Ai wydała zduszony krzyk, który po chwili rozszedł się po całym tunelu. Arvena idąc za nią ukucnęła i wyczuła dłonią krawędź.
-Uważajcie tu jest dziura- ostrzegł resztę- AI...!- krzyczała za kamratką, ale odpowiadało jej tylko ech.

Czuła, że tonie, nie zdążyła nabrać powietrza, a nurt nie pozwalał jej wypłynąć na powierzchnię. Nagle coś ją złapało wpierw pomyślała o jadowitym wężu, lecz to coś ciągnie ją do góry.
-Ty chyba nigdy się nie zmienisz- usłyszała za sobą zmęczony głos w momencie kiedy wypluwać wodę zalegającą jej w płucach.
-----------------------------------------------------------------------------
Na zakończenie chciałabym poinformować, że na stronie pirates-opinions znajdziecie oceny pirackich opowiadań. Jakby ktoś był zainteresowany oceną bądź ocenianiem to zapraszam. Trzeba rozwinąć ten interes ^^
no to nie będę wam już zawracała głowy
ahoj
i
pomyślnych wiatrów
kpt. Ai van der Woods


komentarze [11]

XXXI. Szkwał >>Ai van der Woods
sobota, 24 marca 2007 23:27:58
komentarze [37]



Rozdział bardzo długi wiem (najdłuższy jaki dotąd powstał), ale teraz musi wam to co jest wystarczyć. Nic mniej więcej do drugiej połowy maja wątpie, żeby się pojawiło, czyt. matura.
Mam cichą nadzieję, że moje wypociny się spodobają wam, chociaż trochę, odrobinę... Prosze *_*
no to chyba będzie na tyle
ahoj
i
pomyślnych wiatrów
kpt. Ai van der Woods
-----------------------------------------------------------------------
Płomienno-rudy Hiszpan był zbyt ciężki, aby Luis mógł ze swoimi przetrąconymi nogami nieść go sam. Ai zlitowała się nad piratem kiedy kolejny raz, prawie przewrócił się pod ciężarem mężczyzny. Podeszła i chwyciła Arantaxa pod drugie ramię. Po powrocie na pokład poleciła, aby obu mężczyzn zaprowadzić do Gwen, a następnie zajęła się sprawami związanymi z resztą załogi swojego okrętu. Arvena dobrze zorganizowała dziewczyny, dzięki czemu statek był gotowy do drogi od świtu, a zapasy były wystarczające na drogę powrotną na Tortugę. Atmosfera wśród załogi była napięta; wszystkie pary oczu były skierowane na Panią Kapitan, a dokładniej na stan w jakim właśnie się znajdowała. Nie można się im dziwić, Ai wyglądała jak najpodlejsza dama z Tortugi : brudna, w podartym ubraniu z licznymi śladami krwi i poparzoną nogą. Jednak Pani Kapitan nie dała załodze czasu do namysłu.
-POSTAWIĆ WSZYSTKIE ŻAGLE! WSTĄPIĆ WACHCIE MORSKIEJ! DIANA – tu zwróciła się do swojego pierwszego oficera- WEŹ KURS NA PEŁNE MORZE! - szybko wydała rozkazy i kiedy okręt odbił od brzegu zamknęła się w swojej kajucie.
-Koszmar- syknęła do siebie- MARY, DO MNIE!
-Aye?- spytała piratka wchodząc do kajuty.
-Przynieście mi misę czystej wody i to migiem.
-Aye- odparła dziewczyna; jej ruda krótko ostrzyżona głowa zniknęła za drzwiami kajuty.
Ai podeszła do lustra, skrzywiła się z niesmakiem na swój widok. Była blado-sina na twarzy, brudna a swoim wyglądem przypominała ostatniego lumpa z Tortugi. Spojrzała na swoje ręce całe we krwi, siniakach i z pręgami po sznurze. Odruchowo zaczęła rozcierać nadgarstki.
Po chwili do kajuty weszła Mary niosąc misę z wodą. Postawiła naczynie na blacie biurka, po czym usłyszała beznamiętny, władczy ton pani kapitan:
-To wszystko możesz odejść.
-Aye- dziewczyna chyłkiem wymknęła się z kajuty wiedząc, że nie należy teraz przeszkadzać.
Ai odwróciła się od lustra i podeszła do misy. Nabrała w ręce wody i opłukała sobie twarz. Następnie wzięła do ręki szmatę, która pływała w wodzie i powoli zaczęła ocierać ręce z brudu i zakrzepłej krwi. Zdjęła z siebie pas z bronią i położyła go na koi.
-Ciebie też będzie trzeba niedługa przeczyścić, mój mały- powiedziała troskliwie do pistoletu.
Następnie zrzuciła z siebie tą imitację ubrania, która na niej pozostała i nie wiele myśląc otworzyła okno. Wyrzuciła resztki koszuli, spodni i kamizelki do morza.
-Nie będziecie mi już potrzebne- powiedziała stojąc w samych butach. Płaszcz powiesiła na oparciu krzesła. Chwyciła ponownie morką szmatę i umyła resztę swojego ciała. Zdjęła buty i bosymi stopami przeszła kajutę by przykucnąć przy kufrze, w którym trzymała swoje ubrania. Przechodząc jak cień koło lustra ukradkiem spojrzała na swoje ciało i z kwaśną miną przykucnęła otwierając kufer z ubraniami. Przeżucia szmaty; wyciągnęła nową czerwoną koszule i szaro-grafitowe spodnie. Koło kufra stały dwie pary wysokich butów z cholewami i czarne oficerki. Zabierając te ostatnie i siadając na koi wzięła się do ubierania. Uwielbiała tą krwisto czerwoną koszulę, która przypominała żagle jej okrętu, kiedy pierwszy raz kazała je postawić „Ach co to była za chwila” nostalgicznie westchnęła. Kiedy wszystkie ubrania znalazły się na niej, wstała. Podeszła do lustra i przejrzała się w nim.
-Czegoś mi tu... brakuje...- szepnęła do siebie. Odpięła od pasa leżącego na koi kompas należący do Jacka, z którego wyjęła ukryty tam złoty słoneczny medalion. Zawiesiła go sobie na szyi.
- Hm... to jeszcze nie to...
Przeszła do małej szkatułki stojącej na komodzie w rogu kajuty i wyjęła z niej parę złotych kół, które wsadziła sobie do uszu.
- No może być...- uśmiechnęła się do siebie przeglądając się w małym lusterku umieszczonym we wieku szkatułki z jej kosztownościami. Chwyciła pas lezący na koi i założyła go na biodrach, uprzednio zawiązując szeroką fioletową chustę. Dokładnie rozczesała splątane, ale już w miarę czyste włosy. Zawiązała nową czerwoną bandę na głowie. Chwyciła butelkę rumu stojącą koło szkatuły.
-No teraz nareszcie czuję się normalnie - uśmiechnęła się chciwie do swojego oblicza w lustrze, a następnie wyszła z kajuty- CZAS STAWIĆ CZOŁA NOWEJ PRZYGODZIE MOJE DROGIE PANIE!- krzyknęła do załogi.
Przejęła ster od Diany.
-Niech ktoś zabierze tą misę z mojej kajuty- powiedziała, jak zazwyczaj spokojnym acz stanowczym głosem.
-Aye- odparła kamratka i zbiegła z mostka mijając na stopniach Arvene.
-Widzę pani kapitan, że jesteśmy zadowoleni z wyprawy.
-A jakże, chociaż nie powiem było ciężko... naprawdę ciężko, ale teraz jestem pewna, że mam zgraną kompanie- powiedziała z szatańskim uśmiechem na ustach- Co z Rudym?- spytała zwracając swoje brązowe oczy do blondwłosej piratki.
-Hm... z nim, w sumie wszystko w porządku, trochę jest poobijany i wycieńczony, ale Gwen mówi, że wyjdzie z tego- powiedziała spokojnym, przenikliwym tonem- natomiast Luis ma uszkodzone oba kolana i jest mocno osłabiony.
-Ach... no tak domyślałam się, że tak to się w jego przypadku skończy... zastąp mnie, moja droga... idę do Gwen.
Opuściła stanowisko i szybkim krokiem zbiegła pod pokład, gdzie minęła Elizabeth idącą ze zwojem lin. Dziewczyna lekko skinęła głowę i pobiegła dalej. Ai odwróciła się za nią, wzruszyła ramionami i poszła dalej do kajuty medyka.
-I co z nimi?- spytała zauważając, że Luis leży nieprzytomny na koi, a Rudy siedział na krześle i pił coś z dość dużego drewnianego kufla.
-Pan...
-Arantx Sanchez Vicario- dokończyła Ai.
-Właśnie, musi odpocząć i nabrać sił i jeśli będzie to pił, co mu przygotowałam to jutro powinien być w pełni sił witalnych...
-A Luis ?- spytała patrząc z troską na bruneta, który leżał przykryty białym prześcieradłem.
-Z nim jest już gorzej...- powiedziała biorąc słój z półprzeźroczystą złotawo-zieloną mazią- nogi tak szybko nie wrócą do normalnego stanu. Leczenie może potrwać nawet do miesiąca, ale nic mu nie będzie. Jak tylko dopłyniemy do Tortugi poradzę się jeszcze Rachel. Na razie je usztywnię i obandażuję. Dostał silny środek nasenny, przez który nie będzie się budził przez najbliższe trzy do czterech dni- powiedziała podchodząc ze słojem do pirata- to wzmocni jego siły- powiedziała zanurzając dłoń w mazi i smarując nią nogi pirata.
-Hm... rozumiem- mówiąc to podeszła do koi i usiadła na brzegu, już miała zamiar dotknąć nieprzytomnej twarzy Luisa, ale nagle dziewczyna wparowała do kajuty i krzyknął:
-Pani kapitan, musi pani natychmias iść na pokład!- powiedziała lekko zdyszanym głosem.
-Co się stało?- spytała powoli wstając z koi.
-Czarna Perła dobiła do naszej burty... kapitan Sparrow chce się z panią widzieć...- powiedziała uspakajając swój oddech.
-Rozumiem...- wstała i ruszyła do drzwi- trzymaj się- powiedziała do Rudego.
Mężczyzna w odpowiedzi skinął głową. Ai szła spokojnym krokiem przez korytarz, po czym weszła na pokład. Jack wraz z dwójką cyganów stali na deskach pokładu i oczekiwali jej.
-Witam kapitana na moim skromnym pokładzie- powitała ich z wymuszoną grzecznością- co was do mnie sprowadza?
-Będziemy rozmawiać tutaj, czy pójdziemy, gdzieś w bardziej ustronne miejsce?- spytał bezpardonowo Sparrow.
-Ach... proszę cię bardzo kapitanie- powiedziała, odwróciła się i skierowała ich do mesy, gdzie zwykła przyjmować gości. Otworzyła drzwi i wpuściła cała trójkę do środka
- Usiądźcie- powiedziała kierując ich do małego okrągłego ciemnego stołu, wokół którego stała sofa i dwa duże fotele obite w czerwony aksamit. Kajuta była przestronnym pomieszczeniem z dwojgiem dużych okien, co dawało przyjemne jasne światło kontrastujące z ciemnymi meblami.
Goście rozsiedli się wygodnie, Ai przysiadła na jednym z foteli, Jack na drugim, a cyganie rozsiedli się na miękkiej sofie.
-Więc, co was do mnie sprowadza?- spytała piratka.
-Po pierwsze...- zaczął Sparrow- to chciałbym, abyś zwróciła mój kompas...
-Po pierwsze...- przerwała mu Ai- jeśli oddasz figurkę, którą zabrałeś Arantxowi
-Już przecież mówi...
-Nie myśl, że ci uwierzę w te twoje tandetne bajeczki Wróbel albo oddasz mi figurkę, albo pożegnaj się z kompasem... -uśmiechnęła się chciwie do pirata- Macie do mnie jakiś jeszcze interes?- spytał opierając plecy o oparcie fotel, krzyżując ręce na piersiach i zakładając nogę na nogę.
-Hm... w sumie to chcielibyśmy zobaczyć- zaczęła Mariath- mapę, czy można?
Atmosfera wymuszanej grzeczności z obu stron stawała się nieznośna, coś musiało w końcu przerwać to napięcie...
-SAM ZOSTAW TEN TASAK- krzyczał ktoś na korytarzu i donośne kroki po chwili rozległy się pod drzwiami kajuty- MÓWIĘĆ CIĘ ODŁÓŻ TO, BO JESZCZE KOMUŚ STANIE SIĘ KRZYWDA !- słychać było kobiecy krzyk.
-NIE ZPSTAWIĘ! TA PARSZYWA ZAWSZONA KREATURA PODKRADA MI RYBY!- krzyczała kobieta najwidoczniej nazwana Sam- TEN PARSZYWY WYLINIAŁY KOCÓR ZJADA NASZE ZAPASY!
-CHOLERA NIE PRÓBUJĄ RZUC...-po niedokończonym słowie rozległ się paniczny krzyk jakiejś kobiety, ale niewiele to najwidoczniej dało; metaliczny dźwięk wbijającego się przedmiotu w coś twardego i przeraźliwe miaukniecie- AAA... WIESZ DOBRZE, ŻE GO NIE ZŁAPIESZ! DAJ SPOKÓJ SAAAM !
Ai zerwała się z fotela i wybiegła na korytarz. Kiedy wychyliła głowę z kajuty Sam kucharka wspinała się po ostatnich stopniach schodów prowadzących na pokład. Pani kapitan pobiegła za nią. Na pokładzie panowało nie małe zamieszanie. Sam przysadzista dość kobieta latała z wielkim tasakiem do mięsa za małym w porównania z nią, kotem, który zwinnie umykał przed jej atakami. Ai przyglądała się całej scenie przez moment, po czym nabrała powietrza i wrzasnęła:
-CO TU SIĘ, DO STU BECZEK RUMU, DZIEJE ?! SAMANTO MASZ ZARAZ ODŁOŻYĆ TEN... TĄ NIEBEZPIECZNĄ BROŃ- pani kapitan była zdenerwowana, a po jej krzyku cała załoga ucichła, a mały biedny czarny kot zaczął się łasić wokół nóg Ai w podzięce za ratunek- Neo- zwróciła się tym razem do kocura, który posłusznie podniósł łeb spomiędzy jej nóg- JESZCZE RAZ ZABIERZESZ COŚ ZE SPIRZARNI A PRZYSIĘGAM, SAMA WYRZUCĘ CIE W WORKU ZA BURTĘ !- krzyknęła do zwierzaka, który skulił się i umknął pod pokład.
Kobieta wyprostowała się i spojrzała na swoją załogę która stała i wpatrywała się w swój panią kapitana. W Ai narastała złość:
-I CZEGO SIĘ TAK GAPICIE, BANDO ZAPCHLONYCH LUMPÓW!- wrzasnęła ponownie- JAZDA, DO ROBOTY CHYBA, ŻE SIĘ PROSICIE O DODATKOWE ZAJĘCIA ?!
-Nie pani kapitan- odparły chórkiem.
-NO TO JUŻ WRACAĆ NA STANOWISKA!
-Aye...!- usłyszała w odpowiedzi i wszystkie kobiety migiem wróciły do swojej przydzielonej roboty.
Ai spojrzała po załodze znikającej z pokładu w pośpiechu. Wzrok zatrzymała na Sam, która właśnie szła w jej stronę. Kucharka miała spuszczoną lekko głowę.
-Żeby mi się to więcej nie powtórzyło!- szepnęła jej do ucha-następnym razem dokładniej zamykaj drzwi do spiżarni- pozwiedzała głośno odwróciła się i poszła z powrotem do kajuty gdzie zostawiła swoich „gości”, ale tych spotkała kilka kroków za sobą.
-Niezłe widowisko- skomentował Sparrow- jakie efektowne i subtelne. Nie ma to jak delikatna kobieca ręka na pokładzie- sarkazm i ironia zionął od niego mocniej niż rum.
-Dziękuje za uznanie kapitanie- uśmiechnęła się fałszywie- Co prawda moją załoga może być trochę hm... niesforna, ale jest wobec mnie głęboko zobowiązana i wierniejsza niż bezdomne przygarnięte psy.
Jack już miał zamiar odpowiedzieć, gdyby nie Mariath:
-To może jednak wrócimy do interesów- ucięła krótko acz stanowczo.
Piratka spojrzała na Sparrowa z wyższością i kazała im wrócić do mesy, a sama tym czasem poszła po mapę. Kiedy weszła do swojej kajuty i skierowała się do szafki, gdzie trzymała swój mały sejf z najważniejszymi dla niej rzeczami, ktoś zaszedł ją od tyłu, złapał ją za rękę tak, aby nie mogła się odwrócić ani wyrwać. Ai szarpnęła się nerwowo, ale przeciwnik był silniejszy.
-Spokojnie pani kapitan- szepnął napastnik.
-Zostaw mnie Sparrow, bo pożałujesz- syknęła.
-Czego niby?- spytał pirat- Jesteś tylko kobietą, która uważa się za wielkiego kapitana jakiejś małej nic nieznaczącej krypy.
-Mówisz, że jestem tylko kobietą?- zaśmiała się krótko- aleś ty jednak nierozgarnięty Sparrow, żebyś aż tak dawał się wodzić za nos.
Pirat zwolnił uścisk, aby móc Ai odwrócić do siebie. Spojrzał jej głęboko w oczy. Kobieta wykorzystała moment nie uwagi mężczyzny i szybko drugą wolną ręką wyciągnęła szpadę.
-Nie kuś losu Jack- rzekła przystawiając mu ostrze szpady do szyi- Po co tu przylazłeś za mną, hm...?
-Na pewno nie po to, abyś mi groziła...
-Więc...?
-Chociażby po to, aby sprawdzić jak ci idzie wyjmowanie mapy- odparł z fałszywym uśmiechem.
-Uważaj, bo ci uwierzę- odparła wywracając oczami.
-A żebyś wiedziała...- odparł i przybliżył się do niej o pół kroku tak, że ich nosy prawie się stykały.
-Ja nie żartuję Jack- odparła stanowczo przystawiając szpadę do krtani. Pirat nie wydawał się ani przez moment przestraszony, czy chociażby zmieszany.
-A teraz mi oddasz ładnie szpadę- powiedział niesamowicie spokojnym stanowczym tonem, cały czas patrząc jej w oczy. Dla kobiety ta sytuacja robiła się już nie do zniesienia.
-Żebyś ją ukradł jak tą figurkę, tak?- spytała podejrzliwie.
Podziałało. Pirat przestał prześwietlać ją wzrokiem i zdjął swoją dłoń z rękojeści szpady. Zrobił dwa kroki w tył, ale nagły szkwał, który zakołysał silnie statkiem spowodował, że pirat poleciał do przodu wpadając na Ai i przewracając oboje na ziemie.
-No to wracamy do punktu wyjścia- szepnął niewinnie kapitan.
-Co to, to nie Sparrow... złaź ze mnie- powiedziała próbując się wygramolić spod ciała mężczyzny.
-Ale mi tu wygodnie, nawet bardzo- mówiąc patrzał na to, co ukazywała rozpięta koszula Ai, a ukazywała nie mało.
-Jesteś gorszy niż zwierzę Sparrow- spytała ponownie podejmując próbę wstania, ale pirat jej to skutecznie uniemożliwiał.
-Wiem i dobrze mi z tym- wykrzywiła się w lubieżnym uśmieszku.
-Złaź ze mnie. Jesteś na moim okręcie, jak zacznę krzy...- nie zdążyła dokończyć, bo pirat złożył na jej ustach gorący pocałunek.
-Maleńka jesteśmy identyczni- powiedział, kiedy odessał się w końcu od ust pani kapitan.
Ta nie wytrzymał i ręką złapała go za przyrodzenie. Zacisnęła dłoń i rzekła:
-Złaź ze mnie, parszywy bydlaku, bo jak nie...- zacisnęła uścisk.
Mężczyzna skrzywiła się na twarzy i posłusznie zrobił to, co mu kazano.
-Dobry chłopiec, a teraz wyjdź z mojej kajuty i idź gdzie kazałam ci zostać. Czy wyraziłam się jasno?
-Aye...- odparł pirat i z miną zbitego psa wyszedł z pomieszczenia.
Ai wstała powoli z ziemi, otrzepała się, zapięła guzik, który ukazywał stanowczo za dużo ciała. Kiedy przechodziła koło lustra przystanęła i spojrzała na siebie, dłonią delikatnie przejechała po swoich ust. Skrzywiła się nieznacznie, ale nie można było powiedzieć, żeby była zła za, to co się tutaj stało, a wręcz przeciwnie było to przyjemne, bawiło ją to. Uśmiechnęła się.
-Zachowuję się jak szczeniak... Nie będziesz sobie mną pogrywał Sparrow.
Wyjęła mapę i odkorkowała butelkę rumu, która stała jeszcze nie otwarta na jej szafce przy koi. Następnie ruszyła do mesy, gdzie czekała już zniecierpliwiona parka cyganów.
-A dla mnie nie masz?- spytał z tęsknotą Jack.
-Mało ci?- podniosła z udawanym zdziwieniem brwi.
-Chcę jeszcze- uśmiech jaki zagościł na jego ustach był tak lubieżny, że Ai wzdrygnęła się i wykrzywiła usta z niesmakiem. Postawiła rum na stole i rozwinęła mapę-... a więc, co chcieliście na niej zobaczyć ?
Mariath wstała, podeszła lekko utykając, co nie umknęła uwadze pani kapitan.
-Co ci się stało w nogę?
-A w czasie walki kula dość poważnie mnie drasnęła, ale już na Perle się mną zajęli. Za kilka dni będzie wszystko w porządku.
-Rozumiem... więc ?- spojrzała znacząco na stół.
Flavio odwrócił mapę na drugą stronę, gdzie były wypisane słowa.

„Pięć Znamienitych Rodów ma Pięć Ksiąg z Jednym Drzewem Genealogicznym swojej rodziny. W Pięciu Księgach znajduje się Pięć Map do Skarbu Pięciu Żywiołów. Aby go zdobyć Pięciu Złoczyńców z Pięcioma Kluczami musi otworzyć Pięć Pieczęci a w tedy Jeden z nich zostanie Oczyszczony”

-Coś wam pokażemy- powiedział i położył maskę na stole- widzicie?- wskazała na małe litery w miejscu, gdzie księżyc łączył się z rozgwieżdżonym niebem- to ta sama formuła tylko napisana po łacinie.
Ai zdjęła medalion z szyi i na odwrocie dojrzała litery, skupiła się i po chwili odparła:
-Celtycki ? Zaskakujące...
-Właśnie!- podziała Mariath.
Piratka obejrzała starannie kompas Jacka i ujrzała na dolnej ściance napisane słowa, nie wiedziała tylko w jakim one są języku.
-Hm... na moje oko to jest język azteków- powiedziała patrząc niewinnie na Jacka.
-Oddaj mi go- powiedział podniesionym głosem i wyciągnął do niej ręce.
-Ani mi się śni- zaśmiała się mu prosto w twarz- Nie zasłużyłeś sobie.
Sparrow sięgnął za pazuchę i wyjął mała brązową figurkę i postawił ją na stole.
-Zadowolona?
-Jak najbardziej- powiedziała i sięgnęła po przedmiot- no to teraz mam trzy klucze- zachichotała- a może nawet cztery.
-Oprócz tego, że ta figurka należy do mnie... – powiedział ktoś, kto wszedł bezszelestnie do mesy i wyrósł jak z podziemia za piratami. Zabrał figurkę z ręki Ai- arabski tak jak myślałem...
-To mamy celtycki, arabski, aztecki, łacinę i... na szpadzie Luisa powinna być także...- piratka podniosła się z fotela i energicznym krokiem wyszła z kajuty. Po kilku chwilach wróciła z bronią- hm... a to ciekawe...
Wszystkie pary oczu zwróciły się w jej stronę. Kobieta ukradkiem spojrzała na nich i uśmiechnęła się pod nosem.
-Na moje oko to chiński... zresztą ładnie się komponują na ostrzu.
Podeszła do stołu i położyła na nim oba klucze na stole. Wzrokiem zachęciła pozostałych do tego samego.
-No i co my tu mamy...- odezwał się Flavio patrząc na stół- Mamy mapę pokazującą nieznaną nam bliżej wyspę...
-Której jak mniemam, nie ma na mapach- stwierdził Hiszpan.
-Możliwe... to bardzo możliwe...- odparł Jack.
-Do tego mamy pięć kluczy- kontynuował Cygan- które mają się do siebie ni jak. Kompas z azteckimi obrazkami, których nikt nie umiałby odczytać nie znając formuły z mapy... Szpadę, na której ostrzu są chińskie napisy nie od odgadnięcia zresztą jak i na kompasie... do tego słoneczny medalion z celtyckim pismem klinowym, mniemam, że pani kapitan tego języka nie zna?- spojrzał znacząco na Ai.
-Nie skądże znowu... może nie na tyle, aby to odczytać- odparła niewinnie.
-Mhm... no i na koniec mamy maskę z łacińskimi napisami...- skupiając wzrok złapał się ręką za brodę i masując ją głęboko się zamyślił.
-Jedyna, na co możemy liczyć, aby dopłynąć do skarbu, to liczyć na twój kompas Jack i na twoją dobra wolę- głos Ai był przesycony sarkazmem.
Pirat spojrzał na nią z nieukrywanym triumfem na twarzy.
-A jaką mamy pewność, że te „klucze” prowadzą do skarbu, a nie do jakieś zasadzki, pułapki, czy jak to kto woli nazwać?- spytał w odpowiedzi- chyba powinniśmy wiedzieć na czym stoimy... nie uważasz, moja droga?- dodał po chwili.
-Hm... i tu się z tobą zgodzę. Szczerze mówiąc mam dość dumania na dzisiaj- powiedziała ożywionym głosem- co powiecie na zrobienie małej burdy dzisiejszego wieczora?
-No Maleńka, ten pomysł mi się podoba- odparła z promiennym uśmiechem na ustach przybliżając się do niej i łapiąc ja jedną ręką w tali.
-Trzymaj ręce przy sobie, kapitanie- zrzuciła rękę pirata z siebie- to co... kiedy wybije trzecia szklanka zaczynamy zabawę?
Odpowiedział jej okrzyk zachwytu cyganów. Wszyscy wyszli z kajuty nie omieszając zabrać swoich własności. Obaj kapitanowie z mostków zapowiedzieli plan na dzisiejszy wieczór i odchodząc ze stanowisk przy dźwiękach wiwatów, okrzyków i nieokiełznanej radości zeszli pod pokład.
Załogom czas dłużył się niemiłosiernie. Okręty szybko pruły przez fale, wiatr im sprzyjał i w krótkim czasie udało im się pokonać znaczną, jak na ten obszar Morza Karaibskiego odcinek, był to plus zakładając, że rano tylko niewielka część załogi będzie zdatna do efektywnego działania. Obydwie załogi wykonywały szybko i sprawnie swoje zadania, aby zająć czymś czas do wieczora. Kiedy w końcu wybiła upragniona trzecia szklanka, wytoczono beczki z rumem spod pokładów i otwarto je na pokład Czarnej Perły, gdzie ustalono, miała się odbyć burda. Jedzenie wyjechało na stoły, trunku nie brakło, wszyscy piraci byli w wyśmienitych nastrojach. Kobiety z załogi pani kapitan, pieczołowicie przygotowały się jak to na kobiety przystało; wszystkie wyglądały olśniewająco: umyte, przebrane w nowe koszule, spodnie i nie rzadko także buty, w pełni prezentując, to co miały w sobie najlepszego (na co Ai im zazwyczaj nie pozwala, ale tego wieczora postanowił przymknąć na to oko). Sama pani kapitan prezentowała się niezgorsza w czerwonej koszuli, czarnych spodniach i przepasana pomarańczowym jedwabnym pasem. Narzuciła na grzbiet długi czarny płaszcz do kolan z czerwono-złotymi wykończeniami, a na głowę nasadziła czarny kapelusz wykładany od góry czerwonymi piórami (pamiątka jeszcze po matce, która przy swoich płomienno-rudych włosach wyglądała w nim nieziemsko), czarne wypolerowane na błysk oficerki tylko dodawały całemu strojowi klasy. Piraci z Czarnej Perły także postarali się, może nie traktowali swojego wyglądu z takim namaszczeniem jak kobiety, ale przynajmniej postarali się o schludny wygląd i jako taki nie drażniący zapach. Kapitan natomiast podkreślił mocniej oczy na wieczór i ubrał czarną koszule, czarne spodnie i czerwony pas. Płaszcz pozostawił w kajucie, ale z kapeluszem nie umiał się rozstać. Dumnym krokiem obaj kapitanowi wyszli ze swoich kajut. Ai elegancko przeszła po desce, gdzie na drugim jej końcu czekał na nią już kapitan Sparrow z wyciągniętą dłonią. Kiedy już znalazła się na deskach jego oktetu poprowadził ją do stołu.
Nie trzeba było długo czekać, aby obydwie załogi wpadły w wir zabawy. Muzyce, śpiewom i rumowi nie było końca. Co i rusz kończyła się jedna pieśń, a zaczynała następna. Do zabawy włączyły się dwa akordeony, cztery flety, jedna fletnia pana, gitara i skrzypki. Tańce jakie wywijali na deskach pokładu piraci zaskoczyły nawet samych kapitanów. Wszyscy byli w szampańskich nastrojach, jedzono, pito i krzyczano ponad miarę. Nikomu nie pozwolono siedzieć samemu ze smutną mina. Jedna z piratów zaczął śpiewać radośnie:

Sally Brown jasna Mulatka,
- Łej, hej, ciągnij go!
Irlandzkiego miała dziadka
- Spłukałem się na Sally Brown!

Sally Brown jest cud kobitą,
Bo pije rum i żuje tytoń.

Już lat siedem, jak znam Sally,
Nigdyśmy nie próżnowali.

Prowadziłem ją pod "Słonia",
Pod "Hawajkę i pod "Konia".

To by było całkiem klawo,
Chodzić z Sally nad Motławą.

Dałem jej złoty pierścionek,
Bo tak dba o mój ogonek.

Chciałem się więc z nią się ożenić,
Lecz nie chciała stanu zmienić.

Mówi, że się nie opłaci,
Prać co wieczór brudnych gaci.

Sally śliczną ma córeczkę,
Przypomina mnie troszeczkę.

Sally kocha mnie szalenie,
Dopóki pełne mam kieszenie.

Gdy ostatni grosz wyłożę,
To muszę wracać znów na morze.

Sally Brown, jasna Mulatka,
Irlandzkiego miała dziadka


W pewnym momencie rozległ się szlachetny głos pięknych skrzypiec- to Ai, która właśnie przechodziła po desce grała na swoich czarnych skrzypcach. Melodia była radosna i muzycy włączyli się do gry, w tym momencie Flavio i Mariath wstali od stołu i zaczęli wywijać swoje cygańskie tańce. Do grających włączył się jeszcze Jack z gitarą. Nagle Ai wstała i zaczęła tańczyć wokół cyganów, nie przestając przy tym grać na skrzypcach, zdjęła wcześniej płaszcz przez, co jej ruchy były bardziej swobodne i dzikie.
Zabawom, muzyce i śpiewom nie było końca. Rum lał się strumieniami, czego nie można było nie odśpiewać:

Kiedy forsy nie masz, kiedy głowa cię boli,
Kiedy żona hetera płynąć w rejs nie pozwoli,
Kiedy dzieci płaczą i jest bardzo źle
Tańcz z nami bracie i nie przejmuj się.
Tańcz, tańcz, tańcz z nami i ty
Tańcz z nami bracie by wióry szły
Wypij aż do dna za przygody złe
Tańcz z nami bracie i nie przejmuj się.

Kiedy wiatr ucichnie, płynąć nie ma nadziei
Wtedy z bracią żeglarską diabeł hula na kei
Baczki piwa z knajpy czart wytacza dwie
A pijany żeglarz zaraz tańczyć chce.
Tańcz, tańcz, tańcz z nami i ty....

Tańczą rybki w morzu i dziewuszki na plaży
Cała knajpa tańczy z pijaniutkim żeglarzem
Patrz na stole tańczą białe myszki dwie
Skaczą se wesoło nie przejmując się.
Tańcz, tańcz, tańcz z nami i ty...

Tańczy Jimmy i Johnny i Maggie nieśmiała
Skacze sobie wesoło kompanija nasza cała
Słodki Kubuś z nami także skakać chce
Lecz nóżki poplątał i na keje legł.
Tańcz, tańcz, tańcz z nami i ty...

Tańczy jedna nóżka frywolna i zgrabna
Za nią druga podskoczy wesoła i powabna
Na koniec brzuszek wytacza się
Tylko główka nie chce, z nią jest bardzo źle
Tańcz, tańcz, tańcz z nami i ty...


W pewnej chwili Ai podeszła do Arveny, która właśnie klaskała w rytm kończącej się piosenki, szepnęła jej coś na ucho i obie rozpromieniły się.
-Panwie i panie- krzyknęła Ai- a teraz GeCG GeaD GeCG eaH7eD- podeszła do Jack i szepnęła mu na ucho- a znasz...
Pirat rozpromienił się momentalnie i wraz z Ai zaczęli grą skoczną radosną, a jednocześnie nostalgiczną szantę. Kiedy Arvena wstała i użyczył swojego anielskiego głosu, reszta muzyków dołączyła się do nich. Każdy kto siedział i nie grał musiał ruszyć w wir tańców.

Przestrogę dziś ci daję i nadstawiaj uszu, bo
Na własnej skórze przecież sam przeżyłem wszystko to.
Gdy raz się zaprzedałeś, miej to w pamięci swej,
zawsze będziesz wracał tu nad brzegi Botany Bay!

Hej! Żegnaj dobry porcie, kochanko, żono też,
Znów stary diabeł - Morze - upomniał o mnie się!
Znów pod nogami dechy pokładu będę czuł
I z perty znów spoglądał tam te parę pięter w dół!

Na lądzie chciałem zostać, by już jedno miejsce grzać
I sitem w piachu wiele dni babrałem się, psia mać!
Lecz nie znalazłem złota i pusto w sakwie mej...
Nie szkodzi, wszak nocą i tak coś rwie do Botany Bay.

Hej! Żegnaj dobry porcie, kochanko, żono też, ...

Podkładów długie rzędy pod wstęgi srebrnych szyn,
Kamieni, cegieł stosy, bo... wciąż chciałem wygrać z Nim.
Lecz gdy z Południa dmuchnie, ech, śmiej się bracie, śmiej,
To w wietrze tym wciąż czuję sól, tę sól znad Botany Bay.

Hej! Żegnaj dobry porcie, kochanko, żono też, ...

Ach, stale rwie coś w środku i jak chory boli ząb,
I czego byś nie zaczął, to i tak to ciśniesz w kąt.
Zawodów wiele miałem w karierze długiej mej,
Lecz zawsze znów wracałem tu - marynarz z Botany Bay.

Hej! Żegnaj dobry porcie, kochanko, żono też, ...


Solówka jaką na koniec wykonała Ai była niewiarygodna, szybkie i zręczne dłonie kobiety wygrywały coś niesamowitego. Jack zaakompaniamował na swojej gitarze równie sprawnie, piraci klaskaniem podtrzymywali szaleńczy rytm piosenki.
Po tym kawałku, Ai postanowiła usiąść i napić się rumu. Przysiadł się do niej Jack i Flavio z obydwu stron.
-Nieźle radzisz sobie ze skrzypcami- stwierdził Jack.
-Dzięki... nie wiedziałam, że grasz na gitarze- powiedziała ze zdziwieniem- i że jesteś w stanie dotrzymać mi kroku...
-Hehehe... skarbie nie wiesz o mnie jeszcze wielu rzeczy...
W pewnym momencie rozległą się słowa, którym Ai nigdy nie umiała się oprzeć, wstała i dołączyła się do melodii, która jak dotąd łączyła wszystkich piratów których spotkała na swojej drodze. „Kiedy nie wiesz jak rozwiązać spór, zaśpiewaj to...” pamiętała słowa ojca.

Dla niej, czy sztorm na Dogger Bank,
Czy śnieg, czy gęsta mgła,
To wszystko nic, bo ona wciąż
Swym kursem, morzem gna.
Gdy żagle prężą się u rej,
Pochyla maszty swe
I dumna tak, i szybka tak,
Ocean dziobem tnie!

Więc... Hej-a!... Dalej!...
Fregato z Packet Line!
Tyś wiecznie w drodze i stale tam,
Na wodach Dogger Bank!
Twe białe skrzydła niosą cię,
Czy z wiatrem, czy pod wiatr,
A oceanu fale też
Kłaniają ci się w pas!

A Stary nasz tak kocha ją,
Jak dziewkę pieścić chce,
Lecz z nas wyciska siódmy pot,
Pilnuje stale, łaja i klnie.
Bo liczy się dla niego
Jej pocztą wypchany brzuch,
Więc ciągle tkwi nad karkiem nam
I tyrać trzeba za dwóch!
Więc... Hej-a!... Dalej!...

Na pysk już padł niejeden z nas,
Powiedział sobie, że
Z tym fachem skończyć przyszedł czas,
Bo każdy pożyć chce.
Spokojnie można krowy wszak,
Wśród pól hodować znów...
Przed statkiem jednak z Packet Line
Zdejmiemy czapki z głów!
Więc ciągnij dalej
Fregato z Packet Line...


-Kocham tą szantę- krzyknęła odkładając skrzypce i łapiąc kolejną butelkę rumu.
-Fakt, jest wspaniała- przytknęła jej Arvena.
-O dziwno nie znałem jej tak dobrze- stwierdził z zamyśleniem Jack.
-Heh...- lekko ironicznie zaśmiały się obie piratki.
Arvena została poproszona o zaśpiewanie kolejnej piosenki, na co się zgodziła zostawiając Ai z Jackiem sam na sam. Kobieta skrzyżowała ręce na piersiach i podeszła do relingu i oparła się o niego. W jej ciemnych oczach świeciły ogniki lamp wiszących wokół stołu, miała już dość mocno w czubie (w końcu była już po piątej butelce dzisiejszego wieczora i w sumie po ósmej dzisiejszego dnia) i lekko jej szumiało w głowie. Zamrugała oczami, przetarła twarzy dłońmi.
-Czyżby wielka kapitan Ai van der Woods była zmęczona? – spytała Jack podchodząc do niej- a może za dużo alkoholu jak na jeden wieczór?
-Ja mam mocną głowę, nawet jeśli tego po mnie nie widać- powiedziała lecąc właśnie na Jack.
-Jesteś tego pewna?- spytał uśmiechając się do niej.
-Jak najbardziej...- odparła próbując wstać, ale pirat już miał ją w uścisku- ekhm... kapitanie Sparrow, kapitan się zapomina...
-Zważając na okoliczności i zaistniałą sytuację, jestem pewien, że ujdzie mi to na sucho...
Ai spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem. Mężczyzna podłapał to od razy, pomógł kobiecie dojść do stołu i wlał w nią jeszcze trochę rumu, do momentu kiedy ona straciła kontrolę nad sobą i zaczęła wyczyniać rzeczy co najmniej niestosowne. Arvena, Diana i Mariath podeszły do niej.
-Powinna się położyć spać...- stwierdziła Arvena.
-Taak... to zachowanie jest do niej nie podobne...
-Zdoła przejść po desce? Wydaje się dla niej dość hm... wąska...
-Zawsze mogę jej użyczyć swoją kajutę- wtrącił Sparrow.
Kobiety spojrzały na niego zdziwione, ale cóż mogły innego zrobić. Ai w takim stanie mogła zrobić wiele dziwnych rzeczy, musiały się zgodzić. Zaprowadziły ją do kajuty kapitańskiej i położyły na łóżku, asystował im właściciel tej jakże bogatej mesy. Ai za wszelką cenę wyrywała się kobietom, nie chciała spać, chciała swoje skrzypce.
-Ja sobie z nią poradzę... tylko... zostawcie ją ze mną sam na sam...- powiedział niewinnie acz stanowczo pirat. Kobiety miały wiele argumentów przeciw, ale wyrzucił je ze swojej kajuty. Odwracając się od drzwi, których nie zapomniał zamknąć na klucz. Spojrzał na leżącą i rozkopującą się Ai.
-No to się teraz tobą zajmę, moja droga- powiedział podchodząc do koi.
-A ZNACIE TO ...- rozległ się krzyk jednego z piratów, który zaczął wygrywać kolejną pieśń -...

Digue, ding don, don, ce sont les filles des forges
Digue, ding don, don, ce sont les filles des forges
Des forges de Paimpont, digue ding dondaine
Des forges de Paimpont, dingue ding dondon

Digue, ding don, don, elles s'en vont à confesse
Digue, ding don, don, elles s'en vont à confesse
Au cur頤u canton, digue ding dondaine
Au cur頤u canton, dingue ding dondon

Digue, ding don, don, qu'aviez-vous fait les filles
Digue, ding don, don, qu'aviez-vous fait les filles
Pour demander pardon, digue ding dondaine
Pour demander pardon, dingue ding dondon

Digue, ding don, don, j'avions couru les bals
Digue, ding don, don, j'avions couru les bals
Et les jolis garcons, digue ding dondaine
Et les jolis garcons, dingue ding dondon

Digue, ding don, don, ma fille pour penitence
Digue, ding don, don, ma fille pour penitence
Nous nous embrasserons, digue ding dondaine
Nous nous embrasserons, dingue ding dondon

Digue, ding don, don, je n'embrasse point les prêtres
Digue, ding don, don, je n'embrasse point les prêtres
Mais les jolis garcons, digue ding dondaine
Mais les jolis garcons, dingue ding dondon


----------------------------------------------------------------------------
Szanty, które tutaj zamieściłam są moimi najukochańszymi kawałkami. Sally Brown, Tańcowanie, marynarz z Botany Bay i Fregato z Packet Line są utworami Gdańskiej Formacji Szantowej. Natomiast Les Filles des Forges to równie znamienita kapela Banana Boat (oni są fantastyczni na koncertach).
Ostatnia szanta jest typową tzn. zbereźną drinking song- nie wiem czy musze wam tłumaczyć co ona dokładnie przekazuje ^_* niektórzy nie powinni znać sensu tej piosenki.



komentarze [37]

XXX. Przeszłość, ogień, walka i zaginiona figurka >>Ai van der Woods
czwartek, 15 lutego 2007 13:31:26
komentarze [23]



Ahoj kamraci
No to po dłuższej przerwie dodaję nowy rozdział.
Ten rozdział może się niektórym mocno wierzącym osobą nie podobać. To jest tylko moja pisanina. Ostrzegłam, ostrzegłam... to prosze grzecznie czytać i nie buntować się.
No to by było na tyle.
Ahoj kmaraci
i
Pomyslnych wiatrów
kpt. Ai van der Woods
----------------------------------------------------------------------
-Zadowolona?- syknęła wściekle Mariath, podniosła ręce i w dramatycznym geście uderzyła nimi o swoje uda. Od dłuższego czasy chodziła po lochu, do którego ich znów wtrącono.
Ai nie zmieniała pozycji, leżała pod ścianą z rękoma założonymi za głowę, z tajemniczym uśmiechem na ustach i zamkniętymi oczami, spokojnie wysłuchiwała, tego co ta mała cygańska smarkula ma jej do powiedzenia. Mariath wybitnie nie miała zamiaru pozwolić jej siedzieć spokojnie. W pewnej chwili pani kapitan leniwie otworzyła jedno oko, spojrzała wrogo na dziewczynę i powiedziała:
-Daj już spokój, on i tak nie dowiedziała się całej prawdy- jej głos był beznamiętny.
Mariath ze złości zrobiła się purpurowa na twarzy.
-Przynajmniej nie jesteśmy powiązani jak bydlęta.
-I co to nam da? Siedzimy w jakiejś zatęchłej piwnicy!- krzyknęła z furią.
-Kiedy zasadzasz ziarno, musisz poczekać na plon- odrzekła pozbawiony emocji głosem.
-TERAZ BĘDZIESZ MI JESZCZE PRAWIŁ MORAŁY ?!- ryknęła.
Jej krzyki przerwało walenie w drzwi i ryk:
-CISZEJ TAM!
Ai uśmiechnęła się złośliwie do cyganki. Zdjęła ręce zza głowy i przeciągnęła się. Spojrzała po swoich kompanach. Jej wzrok spoczął na le Bijoux
-Luis zdradź mi sekret. Czyżbyś zalazł za skórę tej bandzie, że zgruchotali ci nogi?- spytała podejrzliwie.
Mężczyzna spojrzał na nią nieufnie, po czym odwrócił głowę w drugą stronę.
-Hm... no powiedz Luis- kobieta z trudem wstała z ziemi i podeszła do pirata- czyżbyś zaliczył należącą do niego własność?- kucając przy nim spytała przyciszonym głosem, jednak wystarczająco głośno, aby wszyscy mogli usłyszeć.
Luis burknął coś niezrozumiałego i odwrócił z powrotem głowę.
-A co chcesz wiedzieć?- w jego złoto-miodowych oczach pojawiły się niebezpieczne ogniki- Czy robiłem z nią to tak samo jak z tobą? Chcesz znać dokładne szczegóły, pozycje i miejsce?- spytał głosem, który zadziałał na piratkę jak żrący kwas. Kobieta była zaskoczona tym atakiem, wstała.
Spojrzała na niego z pogardą. Brunet ze złośliwym wyrazem twarzy nie spuszczał oczu z pani kapitan. Ai miała przemożną ochotę skopać mu te jego pokiereszowane nogi, ale z trudem zwalczyła w sobie ten zamiar. Obruszyła się. Zamknęła oczy na chwilę przygryzając dolną wargę, wzięła dwa głębokie oddechy. W końcu odwróciła się od kompanów i przeszła w najciemniejszy kont pomieszczenia. Położyła się na brudnej ziemi i podciągając nogi pod brodę a ręce splotła wokół kolan.
Jack z zainteresowaniem przyglądał się tej scenie wylegując się w najlepsze po przeciwległej stronie lochu. Usadowił się wygodnie na lekko zgnitej słomie, w jego ciemnych oczach pojawiło się małe światełko satysfakcji. Spojrzał na Mariath, która właśnie podchodziła do Ai. Dziewczyna nie wiedziała dlaczego, ale coś ją tknęło aby podjeść do piratki. Dotknęła lekko jej ramienia.
-Spokojnie- powiedziała spokojnym głosem, kiedy ta nerwowo zadrżała.
Kobieta podniosła schowaną między ramionami głowę. Ich oczy spotkały się. Przeraziło Mariath wzrok Ai, który przybrał barwę głębszą od gorzkiej czekolady. Zabrała swoją dłoń z ramienia kobiety i usiadła obok niej tak aby ich ciała nie stykały się ze sobą.
-Dlaczego to zrobili?- pytała- Coś ty takiego zrobiła?
Piratka zacisnęła zęby i spuściła wzrok.
-Mam już swoje lata- powiedziała po długiej pauzie ledwo słyszalnym dla Mariath głosem- przeszłam niejedno, a to że mnie torturowali, wpadłam w ręce inkwizycji i to co ze mną robili... Na moje nieszczęście, niewłaściwe osoby dowiedziały się, że jestem tym czym jestem...
-Tym kim jesteś? To znaczy?- dopytywała się zaintrygowana cyganka.
Piratka spojrzała na Mariath. Dziewczyna usłyszała głos w swojej głowie, głos należący do Ai. Wraz z głosem pojawiły się obrazy.

Historia mojego rodu, moich przodków, wybiega daleko, poza stworzenie człowieka- zaczęła snuć swoją opowieść tajemniczym smutnym głosem Ai- jeszcze długo przed stworzeniem ziemi i gwiazd. W czasach kiedy Bóg był myślą absolutną. Aniołowie – dusze, które Bóg stworzył jako swe sługi, istniały już od tysięcy lat, w pustej przestrzeni, w której Czas nie miał większego znaczenia dla Boskiego Absolutu.
Kilka wieków przed narodzeniem świata, jeśli można to tak określić, słudzy zbuntowali się przeciwko swemu Panu, za co zostali skuci w nierozerwalne kajdany i zesłani daleko w głąb jego umysłu jako pokutę za swój występek. Gdy ziemia i wszystko co się na niej znajduje została stworzona, kilku potępionym aniołom udało się umknąć. Dostali się na ziemię, następnie łącząc swoje moce wdarli się do Edenu i pod postacią węża namówili Ewę do złamania zakazu Boga, zerwania owocu z drzewa poznania Dobra i Zła. Adam i Ewa zostali wygnani z Raju, a Posępni Aniołowie złapani. Bóg nadał im ludzkie kształty, kruchość i nietrwałość człowieczego życia. Tak jak ludzie zostali zesłani daleko po za granice Raju.
Bóg doskonale wiedział, co jego butni słudzy mogą zrobić w akcie zemsty, dla tegoż pozbawił ich większości mocy i naznaczył piętnem Czarnych Skrzydeł. Są one znakiem dla ludzi, powodem za potępienie całego naszego rodu za wszystkie ich grzechy; to my przynosimy według ludzi śmierci; to my jesteśmy złem. Nie zastanawiają się, że w każdym z ich dusz jest pierwiastek zła... Przez wieki człowiek obwiniał Czarnych Aniołów o zarazę, śmierć, suszę i nieurodzaj... – głos jej się załamał i zrobiła długą przerwę.
Głęboko pod ziemią- podjęła na nowo- dla części, której nie udało się uciec, Stwórca przygotował nowy dom -Piekło. Miało ono być więzieniem na wieki, ale z biegiem czasu zaczęli tam trafiać, oprócz dusz Potępionych Aniołów, także dusze ludzi skazanych na wiekuiste cierpienie... Panują tam Belzebub zwany czasem Lucyferem, Ariel i wielu innych...
Trzeba jednak przyznać, że nie zawsze moi przodkowie byli przez ludzi potępiani. Niektóre plemiona zamieszkujące ziemię czciły Czarnych Aniołów jako swoich Bogów. Żyli oni wiele wieków przez Chrystusem, w najbardziej dzikich zakątkach globu. Z przekazów wiadomo mi, że były to tereny Ameryki Południowej- głęboko w lasach puszczy amazońskiej, a także część czciła ich pośród piasków Sahary i nieistniejąca już cywilizacja zamieszkująca Himalaje... Czcili nas, a my mieszkaliśmy pośród nich. Jednak czasy się zmieniały, a Aniołowie ginęli jak zwykli ludzi i rodzili się nowi Przeklęci. Jednakże wojny między ludami powodowały napadanie na siebie wrogich sobie plemion niszcząc tym samym całe cywilizacje. Wnosząc swoja kulturę, religię... musieliśmy uciekać, groziła im śmierć- co chwila przerywała swą opowieść, szukając odpowiednich słów aby opowiedzieć to jak najdokładniej.
Nie mieliśmy mocy uciec przed śmiercią, od wieków nie byliśmy już nieśmiertelnymi. Jedyną nieśmiertelną cząstką nas była i jest dusza, zresztą tak samo jak u ludzi. Nieśmiertelnymi Czarnymi Aniołami żyją jedynie w piekle... W momencie śmierci Potępiony schodził w podziemia, staje się nieśmiertelny pilnujący potępionych człowieczych dusz. Stamtąd nie ma już możliwości wyjścia dla nikogo.
Ginęliśmy, aż jedynym Potępionym, którego znałam, niezbitym jeszcze przez ludzi Aniołem była moja matka. Ojciec w momencie ślubu z nią, znał prawdę. Był świadom brzemienia jakie nosi na sobie Gabriell, że jest potępiona przez Boga, jak wielkie grozi im obojgu z tego powodu niebezpieczeństwo, jemu jak i całej jego rodzinie. Michael van der Woods nie uląkł się i mimo wszystkich przeciwności poślubił moją matkę. Wyjechali, aby jego nieświadoma rodzina mogła bezpiecznie żyć. Zamieszkali w szkockim zamku. Matka była bardzo ostrożna, aby nikt się nie dowiedział kim jest, zbyt dobrze znała konsekwencje takiej wiedzy w rękach prostych ludzi.
Przyszłam na świat w niedługim czasie po ich ślubie... to było w czasie jednego z rejsów między Nowym Światem, a Starym Kontynentem, kiedy to wypływali z pustą ładownia, a wracali o dużo głębszym zanurzeniu. Wróciłyśmy z matką do Szkocji na kilkanaście lat. Kiedy uznała mnie za wystarczająco dorosłą, opowiedziała całą historię naszych przodków... z resztą nie musiała, bo nasza przeszłość przechodzi wraz z poczęciem na następnego członka rodu. Nocami w snach widziała ból, śmierć i traktowanie Czarnych Aniołów, moich przodków. Widziałam również jak Gabriellę zobaczono z jej czarnymi skrzydłami. W wieku trzynastu lat, a może miałam w tedy piętnaście... nie pamiętam już dokładnie, rodzice pozwolili mi dokonać wyboru, mogłam zostać na lądzie i wieść życie w strachu albo wyruszyć z nimi na morze i stać się piratem, wolnym i samemu stanowić prawo. Moja odpowiedź była z góry wiadoma. Stałam się tym kim jestem do chwili obecnej.
Dalszych losów mojej rodziny nie muszę ci już opowiadać- zakończyła swoją opowieść z nostalgicznym smutkiem w głosie
Cyganka milczała przez chwilę wpatrując się w smutny wzrok Ai, szukała przez moment odpowiednich słów i w końcu rzekła:
-Widzę w twoich oczach ból i cierpienie nie jest to związane z historią, którą mi opowiedziałaś, ale twoimi własnymi doświadczeniami- zamilkła na chwilę po czym dodała- prawda?
-Tak- powiedziała piratka, zamknęła oczy i odwróciła głowę na moment- nie jest to spowodowane przodkami- odwróciła się z powrotem do młodą cygankę a jej głos znów rozległ się w jej głowie- Kiedy po śmierci Michaela pierwsza załoga Red Moonlight odwróciła się ode mnie, zostałam z Arveną i statkiem bez załogi na Tortudze. Wszystkie swoje pieniądze jakie miałam w tamtej chwili przy sobie przepiłam. Przez swoją głupotę i lekkomyślność, gdy byłam wzburzona ukazałam swoje skrzydła. Hiszpańscy marynarze, w momencie kiedy spiłam się do nieprzytomności, złapali mnie, związali i wsadzili na swój statku. Później było już tylko coraz gorzej...- zamilkła i z ciężkim westchnięciem zaczęła na nowo snuć swoja opowieść.
-Gdy się ocknęłam wyciągali mnie właśnie ze statku, dopłynęliśmy do Gibraltaru miasta położonego w zatoce Lago de Maracalibo, u której ujścia stało drugie hiszpańskie miasta- Maracalibo. Zawlekli mnie do garnizonu, gdzie przetrzymywali mnie przez kilka dni. W mieście właśnie wybudowano spory klasztor dominikanów, oddano mnie tym samym w ręce inkwizycji. To co się później ze mną działo... - zamilkła ukazując cygance okropne wizje, kiedy to trzymano ja rozparta na łańcuchach pół metra nad ziemią. Głodzono, chłostano, bito i niedawno spać- głód i ból chłosty byłam w stanie znieść...- przystanęła, po czym podjęła na nowo- ale wycieńczenie jakie powoduje brak snu spowodował u mnie trwałe zmiany... -zrobiła pauzę jakby powstrzymując łzy i rozgoryczenie- po kilkunastu dniach... nie jestem w stanie określić ile, przypłynęła Arvena z nowo zwerbowaną, jak się później dowiedziałam na Tortudze załogą. Odbiła mnie i w krytycznym stanie przetransportowała do Rachel. Po kilku tygodniach podróży z Tortugi, przybiliśmy do portu w Szkocji a następnie zostałam przewieziona do swojego rodzinnego zamku. Zmuszona byłam zostać tam przez najbliższe pół roku a może dłużej nim doszłam do siebie. Rany zagoiły się, ale z głową mam nadal coś nie tak- skończyła z bladym uśmiechem na twarzy.
Mariath słuchała całego jej opowiadania z uwagą i przestrachem. Kiedy piratka skończyła, nie mogła wypowiedzieć słowa przez najbliższych kilka minut. Pani kapitan wiedziała, co czuje ta młoda dziewczyna. Sam nie wiedziała dlaczego tak się otworzyła przed nią, nigdy tak wiele o sobie nie mówiła, czuła niepokój, ale nie umiała się powstrzymać. Przyglądała się jeszcze przez moment cygance, po czym spuściła wzrok i zebrała się z podłogi. Zdjęła płaszcz i wraz z kamizelką rzuciła je do Flavia, rozpięła mocniej koszulę ukazując sporą część swojego kształtnego biustu. Następnie zdjęła kapelusz oraz chustę, przeczesała palcami długie splątane włosy. Odwróciła się do dziewczyny i wyciągnęła do niej otwartą dłoń. Cyganka spojrzała na nią pytająco.
-Musimy coś zrobić, aby się stąd wydostać, nie?- powiedziała Ai z uśmiechem na ustach.
Dziewczynie roześmiały się oczy, chwyciła dłoń Ai i energicznie wstała. Piratka odrzuciła kapelusz do cygana. Chustą, którą trzymaną w dłonie, otarła Mariath zaschniętą krew z twarzy. Uśmiechnęły się do siebie, Ai pokazała głową na schody, a Mariath kiwnęła potakująco. Odwróciła się i ramię w ramie wspięły się po schodach. Załomotały w drzwi, nieznany mężczyzna otworzył małe okienko znajdujące się na wysokości ich szyi.
-Czego?- warknął.
Dziewczyny musiały się schylić aby dojrzeć kawałek jego twarzy. Szepnęły mu coś i w efekcie zostały wypuszczone z celi. Drzwi zamknęły się za nimi z hukiem.
Śpiący Jack, naburmuszony Luis i nerwowy Flavio zostali na dole. Mężczyźni spojrzeli po sobie zdziwionym wzroki. Jack jakby dając odpowiedz kompanom wzruszył ramionami, naciągnął na głowę mocniej kapelusz i próbował ponownie zasnąć. Cygan wstał i zaczął maszerować od ściany do ściany, tak jak to robiła wcześniej jego siostra.
-Możesz łaskawie usiąść?- spytał groźnie Luis.
Flavio stanął w miejscu na chwile i odwrócił się.
-Czemu?- odparł podnosząc jedną brew do góry.
-Denerwuje mnie to twoje dreptanie w tą i z powrotem.
Nastąpiło małe spięcie między nimi. Kapitan z zainteresowaniem wyjrzał zza kapelusza na zaistniałą sytuację.
-Nie pośpię- wymamrotał do siebie.
Spojrzał na lampę, która rozjaśniała mrok panujący w lochu. Wokół lampy krążyło kilka komarów, much i ciem. Spuścił wzrok po zagrzybionych kamiennych ścianach, loch był wilgotny i zimny. Wszechpanujący brud dodawał temu miejscu wystarczająco ponurego charakteru a smród stęchlizny przyprawiłby niejednego o mdłości, ale nie takiego starego wyjadacza jakim był kapitan Sparrow. Chociaż on nie mógł się powstrzymać od komentarza:
-Dno...- szepnął do siebie- wątpię żeby one sobie poradziły- powiedział głośniej do kompanów, którzy się jak na komendę odwrócili się do niego.
-Jeśli miało by o ciebie chodzić, to pewnie nie mógłbyś się oprzeć takim wdziękom, co Sparrow?- spytał z pogardą Flavio.
-Ja nie, a jakże, jak sama by się pchała, to czemu by nie skorzystać z sytuacji- uśmiechnął się lubieżnie- tylko z nim jest jeden problem...
-A mianowicie?- spytał Luis krzyżując ręce na piersiach i odchylając się nieznacznie do tyłu- czyżbyś znał przywódcę tej bandy?- spytał podnosząc jedną brew do góry.
-Chyba aż za dobrze- Jack zaśmiał się w odpowiedzi.
Flavio spoglądał to na Jacka, to na Luisa zdezorientowany.
-Czy ktoś może mi powiedzieć, co się dzieje?- cygan był kompletnie zdezorientowany w sytuacji.
-Delikatna sprawa...- zaczął Sparrow- chodzi o to, że... on... jest...ekhm.... eunuchem- powiedział jednocześnie z Luisem, po czym obaj wybuchneli szyderczym rechotem.
-Uważasz, że one powinny to wiedzieć?- spytał Luis.
-hm... ich niewiedza ma swoje dobre i strony- skwapliwie odparł Sparrow bawiąc się swoją brodą- poczekamy co uda im się wskórać- mówiąc to na jego twarzy zagościł kpiarski uśmiech. Miał rację, bo już po półgodziny drzwi otworzyły się na oścież i dziewczyny zostały wepchnięte do środka.
-To nie był chyba twój najbardziej błyskotliwy plan, co Woods?- zadał pytanie tonem pełnym sarkazmu Jack.
Kobieta spojrzała na niego oczami przepełnionymi gniewem.
-Stul pysk- warknęła.
Więcej nie rozmawiano tego wieczoru między sobą. Ai ubrała z powrotem w płaszcz i resztę swojego odzienia, położyła się pod ścianą i naciągając głębiej kapelusz powoli zapadając w sen. Reszta poszła w jej ślady, ich sytuacja była wystarczająco beznadziejna, aby chociaż mogli spać spokojnie. Ta noc nie należała jednak do beztroskiego snu.
Nagły krzyk Flavia obudził wszystkich:
-OGIEŃ! PALI SIĘ! WSTAWAJCIE!- podchodził do każdego szarpał za ramię.
Wszyscy poderwali się na równe nogi i zaczęli się nerwowo rozglądać. Dookoła nich było pełno dusznego dymu. Instynktownie pognali do drzwi potykając się na schodach. W momencie kiedy byli w połowie drogi zobaczyli, że drzwi do ich celi trawią płomienie.
-CO MY TERAZ ZROBIMY?- wrzeszczała przerażona Mariath- SPŁONIEMY ŻYWCEM!
-WYPUŚĆCIE NAS STĄD!- krzyczał Flavio.
Ai odwróciła się z przerażeniem, spojrzała po zlęknionych twarzach towarzyszach. Zatrzymała się na Jacku.
-Masz jakiś błyskotliwy plan, Sparrow?
Spojrzał na nią zawadiacko.
-A co można w takiej sytuacji zrobić?...Trzeba je wyważyć.
-I ja tu nie mam błyskotliwych pomysłów, tak?
Podeszli bliżej drzwi, Ai skrzywiła się kiedy jeden z ognistych języków prawie dopadł jej płaszcz. Cofnęła się do tyłu i pociągając przed siebie Luis zmusiła go do wywarzenia drzwi. Mężczyzna zamachnął się na tyle na ile pozwalały mu wąskie stopienie schodów i obolałe nogi; mocnym kopniakiem wywarzył drzwi. Pozostałe odłamki nadal płonęły i grupa musiała przeskakiwać jak w cyrku przez ognistą obręcz na korytarz, gdzie szalało jeszcze większe piekło.
-BIEGNIJCIE PROSTO KORYTARZEM- krzyczała Ai- SCHODAMI DO GÓRY I SKRĘĆCIE W PRAWO! POWINNIŚCIE ZNALEŹĆ BEZ TRUDU WYJŚCIE!
-TY NIE IDZIESZ Z NIAMI?- krzyknął Flavio robiąc przy tym przerażona minę i wskazując na coś poruszające się za piratką.
Ai instynktownie odwróciła się na pięcie i uderzając z pięści w twarz mężczyznę, który biegł w ich kierunku ze szpadą gotową do ataku. Oprych wpadł uderzając głową o ścianę i tym samym tracąc przytomność. Ai zabrała mu broń i odwróciła się do kompanów.
-MUSZĘ COŚ TU JESZCZE ZAŁATWIĆ!
-IDZIEMY Z TOBĄ!- krzyknęła Mariath.
Piratka spojrzała na nich ze strachem.
-Nie zostaniesz w tym piekle sama- skwitował Flavio- Razem wpakowaliśmy się w to bagno, to i razem z niego wyjdziemy.
Ai przytaknęła głośno ślinę.
-No to chodźcie- powiedziała zrezygnowanym głosem, przepchnęła się między Luisem a Jackiem. Z rozpędem wbiła szpadę prosto w brzuch wielkiemu facetowi, który właśnie biegł przez korytarz. Wyciągnęła szpadę z ciała swojego niedoszłego oprawcy, wyjęła mu z dłoni broń i rzuciła do Jacka.
-Jesteś pewien, że chcesz iść?- spytała podejrzliwie i odskoczyła w bok, kiedy zorientowała się, że ciało mężczyzny, którego właśnie zabiła zaczyna płonąć żywym ogniem.
Jack nie odpowiedział tylko ruszył w przeciwnym kierunku. Ai uśmiechnę się pod nosem i pognała za nim, reszta grupy pobiegła za nimi. Przebiegli korytarz i wbiegli schodami na wyższe piętro, zabijając po drodze kilku bandytów i zabierając im broń, kosztowało ich to nie mało wysiłku zważając na to w jakim byli stanie. Płomienie były wszędzie, kiedy pędem wbiegali po schodach te załamały się pod ich ciężarem i Luis, który właśnie biegł ostatni prawie by spadł, gdyby nie szybka reakcja Flavia, który złapał go w ostatniej chwili za rękę. Ai wraz z Jackiem nie patrzeli za siebie, przelecieli przez korytarz lawirując między nowo wybuchającymi płomieniami.
-WIESZ CZEGO SZUKAMY?- krzyknęła do Jacka.
-Małej, brązowej figurki kobiety?- odkrzyknął jej pirat- TAK WIEM I WIEM GDZIE MOŻNA JĄ ZNALEŹĆ!
-JA TEŻ – rozległ się głos i koło nich pojawił się ten sam rudowłosy mężczyzna o zielonych oczach, który wcześniej ich przesłuchiwał.
Ai była zaskoczona takim rozwojem akcji, ale biegła dalej pozostają o krok za dwójką mężczyzn. Wbiegli na kolejne piętro budynku. Przebiegli korytarz i pośrodku wpadli do jakiegoś pokoju. Było tutaj duszno, gorąco, a dym wszędzie się rozprzestrzeniał, nie mówiąc już o szalejących płomieniach. Trójka rozejrzała się dookoła, a tajemniczy mężczyzna, podszedł do ściany i wciskając jedna z cegieł dzięki czemu otworzyła się małą wnękę, w której znajdowała się mała brązowa figurka. Odwróciła się do pary piratów i z szatańskim uśmiechem powiedział:
-Spróbujcie mi ją teraz odebrać- wyglądał jak diabeł, rude włosy przez płomienie zrobiły się czerwone, szatański uśmiech obnażał szereg biegłych zębów z odznaczającą się parą kłów.
Piraci spojrzeli po sobie i ruszyli powoli w kierunku rudowłosego. Pierwsza zaatakowała Ai, ale mężczyzna zwinnie zablokował jej atak. Szczepili się ze sobą.
-Musiałabyś być naprawdę dobra, aby mnie pokonać, moja piękna- mówiąc to odrzucił ją od siebie na odległość kilku metrów tak, że prawie wpadając w objęcia szalejących płomieni.
-Łoł...- powiedziała gdy jak oparzona musiała odskoczyć na bezpieczna odległość, otarła pot z czoła i spojrzała na przeciwnika, który właśnie teatralnie oglądał swoją szpadę. Podeszła bliżej Jacka i szepnęła mu do ucha- on jest nam równie potrzebny jak ta figurka.
-Wiem złotko- odparł.
-Długo mam tak tutaj stać?- spytał obojętnym głosem Rudy.
Ai sprawdziła swoje plecy czy przypadkiem nigdzie się nie dymi.
-Zostawiam go tobie, Jack- powiedziała otrzepując poły płaszcza- mężczyzna na kobietę, to nie równa walka.
-No kapitanie Sparrow, pański ruch- odparł i przyjął pozycje do walki, wyciągną dłoń i poruszając palcami zachęcił go do walki.
Pirat przygotował broń do ataku, natarł na przeciwnika. Błysnęły ostrza szpad, ogień zacieśniał krąg, Ai stała bezpiecznej odległości, aby przypadkiem nie przeszkadzać im w pojedynku.
Do pomieszczenia wpadło pięciu rosłych chłopów z przygotowana do walki bronią, jeden z nich miał zębatą maczetę, inny wielki miecz, a trzeci dysponował co najmniej sześcioma naładowanymi pistoletami pozostali mieli „zwykłe” szpady. Walczący mężczyźni nie zauważyli ich wejścia i Ai musiał sama się z nimi zmierzyć. Przełknęła głośno ślinę.
-Zjeżdżaj maleńka z drogi- powiedział z pogardą facet z mężczyzn- z tobą możemy się w inny sposób zabawić.
W pani kapitan wezbrała złość, ale i strach, dobrze zdawała sobie sprawę ze swojego położenia się. Jednak przygotowała swoja broń do ataku.
-Uparta jesteś- powiedział bandzior z mieczem- zaraz ci połamię tą twoją szpadkę.
-W sumie ona nie jest moja więc proszę bardzo- powiedziała z podagrą i natarła na przeciwnika. Mężczyzna z łatwością zablokował jej atak, łamiąc przy tym jej ostrze w połowie. Ai przewidziała to i szybko zamachnęła się wbijając złamane ostrze w oprycha na wysokości płuca. Miecz był zbyt ciężki, aby nadążyć za jej szybkim atakiem i mężczyzna po chwili zwalił się na ziemie brocząc krwią.
-TY...- krzyknął następny.
-Uważaj na swoje słowa, eunuchu- rozległ się znajomy głos- ona nie jest sama- na korytarzu stał Luis w podartej i zakrwawionej koszuli u boku z dwójką cyganów.
-Jak tyś mnie nazwał, kmiocie?- ryknął wielki facet z maczetą odwracając się do drzwi i spojrzał na malutkiego w porównaniu z nim Luisa, który stał za nim i mierzył do niego z garłacza. Był nieukrywanie zaskoczony takim obrotem sprawy.
-Ani drgnij albo odstrzelę ci głowę jak kilka lat temu Sparrow odstrzelił ci coś cenniejszego- rzekł z śmiertelną powagą, a jego oczy lśniły dziwnym złowrogim blaskiem, który nie pochodził od szalejących wokół płomieni- Rzuć broń... kopnij ja do mnie- rozkazał nie spuszczając z niego oka.
-LUIS UWAŻAJ!- krzyknęła Ai, gdy jeden z członków bandy podchodził do niego od tyłu, pirat zdążył się tylko odwrócić. Już miał dostać po głowie jednak przeciwnik odleciał na znaczną odległość nieżywy. Ai i Luis spojrzeli na małą Mariath trzymającą jeszcze dymiący sporych rozmiarów pistolet.
-Zabawa z bronią nie jest dla dzieci- powiedział uzbrojony po zęby kolejny przeciwnik i już miał ją zabić, gdy Flavio rzucił w jego kierunki sztylet, który trafił go w dłoń. Mężczyzna zawył z bólu i puścił broń.
Dwójka cyganów nie czekała długo, przygotowała swoją broń do ataku i natarła na przeciwników. Luis poczuł ciężkie kroki za swoimi plecami. Ai poderwała z ziemi miecz i z całej siły zamachnęła się, jednak mężczyzna w porę to zauważył i zablokował jej uderzenie.
-Teraz ty będziesz się stawiać, kobitko. Taka ładna i tak zadziorna- rzekł i przyciągną ją do siebie.
-Uważaj do kogo mówisz, kastracie- warknęła groźnie.
-Właśnie, do małe nadętej suki, która myśli, że jest w stanie pokonać każdego przeciwnika, o ironio!- zaśmiał się kpiarsko.
Płomienie w pokoju zacieśniły swój krąg do dwóch wolnych pól, w jednym stała Ai i jej wielki przeciwnik, a w drugim Jack walczący z rudowłosym. Walka była zażarta między obiema parami. Ai z racji na swoje położenie raczej musiała uciekać przed ciosami przeciwnika niż sama atakować, do tego nikt nie był w stanie jej teraz pomóc. Cyganie walczyli na korytarzu, gdzie temperatura była równie wysoka. Parka walczyła zażarcie mimo swojego braku doświadczenia, próbowała blokować ataki przeciwników albo w drodze wyjątku przed nimi uciekać, ale miejsca było wystarczająco mało, a położenie wystarczająco niebezpieczne, że została im tylko otwarta walka z silniejszym przeciwnikiem.
W pewnym momencie rozległo się potężne skrzyknięcie i podłoga zaczęła się pod nimi załamywać. Całe piętro powoli rozpadało się na ich oczach i wpadało w szalejące płomienie pod nimi. Walczący przerwali walkę i zaczęli uciekać. Ai przeskoczyła płomienie dzielące ją od drzwi i wylądowała na korytarzu, spojrzała na Luisa, który wskazał jej małe okno na końcu korytarza. Piratka pokiwała potakująco głową i wielkimi susami przeskakiwała nad dziurami, które zostały wyżarte przez płomienie. Nagle deska, na którą skoczyła załamała się pod nią i kobieta zaczęła spadać w dół. W ostatniej chwili jej dłoń złapał Luis i wciągną ją do góry.
-Uważaj – powiedział szybko i pomógł jej wstać. Pobiegli dalej. Luis lekko utykał.
-Dzięki- powiedziała Ai- Mariath, Flavio jesteście...
-Już przy oknie- dokończył Luis.
Kobieta spojrzała w stronę okna i zobaczyła tylko znikającą po drugiej stronie nogę Mariath. Odwróciła się i krzyknęła:
-JACK ZWIJAMY SIĘ! ... SPARROW ?!
-ZOSTAW GO ON SOBIE PORADZI!- Luis pociągnął Ai za ramię, piratka obejrzała się jeszcze raz za siebie i pobiegła za mężczyzną do okna.
Kiedy miała już wyjść na zewnątrz i po dachu zjechać na ziemię, coś złapało ją za nogę i wciągnęło z powrotem do budynku. Kobieta nawet nie zdążyła krzyknąć.
-Nie uciekniesz mi, Mała- powiedział oprych, z którym walczyła- Nie Bartolomeusowi Folco.
Ai spojrzała na niego z przerażeniem i odrazą. Mężczyzna trzymał ją moc po mimo rozległych oparzeń twarzy i ciała.
-Puszczaj mnie! SŁYSZYSZ! PUSZCAJ!- wyrywał się.
-O nie, tak gładko to ci ze mną pójdzie- mówiąc to wyją swoją maczetę i już chciał zaatakować.
-TRZYMAJ- krzyknął ktoś za plecami i wcisną w dłoń Ai szpadę. Instynktownie zrobiła szybkie ciecie i poderżnęła oprychowi gardło. Ten brocząc krwią osuną się na nią przygniatając swoim nieżywym już cielskiem. Kobiecie w ostatniej udało się zrzucić z siebie trupa i wyrwała w te pędy prze okno, kiedy zaraz za nią załamały się deski i ciało mężczyzny spadło w płomienie.
Kobieta upadła ciężko na dachówki, przetarła osmalona, spocona i okrwawioną twarz resztką rękawa, który został z jej koszuli. Przeniosła wzrok na broń trzymaną w ręce, była to jej szpadę. Podniosła głowę i spojrzała na Luis, który dumnie górował nad nią.
-Skądś wytrzasnął moją szpadę, co?- spytała podejrzliwie.
-W końcu moja szpada jest ciut cenniejsza niż twoja- po czym podał pistolet, który także należał do niej - może jakieś słowa podziękowania?
-Za to, co mi powiedziałeś powinnam cię przeciągnąć pod kilem. Cisz się, że żyjesz.
-Jak sobie chcesz moja pani - teatralnie ukłonił się i zjechał po dachówkach w dół. Kobieta schowała szpadę do pochwy i zjechała po dachu.
Na dole czekało ją nie małe zaskoczenie. Mariath i Flavio już na nich czekali wraz z Jackiem i nieprzytomnym Rudowłosym mężczyzną podtrzymywany przez Sparrowa i cygana.
-Ha... no to jesteśmy w komplecie, możemy wracać na okręt- powiedziała Ai- okręty- poprawiła się patrząc na minę Sparrowa- oddasz mi go czy wolisz mieć kolejnego przypadkowego załoganta?
-Masz racje, ty go weź... Jak dla mnie ta figurka, która spłonęła w budynku byłą jedyna sensowna rzeczą, dla której trzymałby, go na Perle- odparł obojętnie.
-JAK TO SPŁONEŁA?!- krzyknęła Mariath- TO NIEMOŻLIWE!
-A jednak, ale zawsze mamy tego jegomościa... To co bierzesz go, pani kapitan?- spytał.
Piratka stała oniemiała i wpatrywała się tępo w ciało nieprzytomnego faceta.
-Pani kapitan- rzekł Luis szturchając ją lekko w ramię.
Ai oprzytomniała i spojrzała po kompanach.
-To kto mi pomoże go zanieść na Red Moonlight?- spojrzała znacząco na Luisa.
-Aye...- odparł i wziął na swoje barki ciało mężczyzny.
-A tak nawiasem mówiąc, ktoś wie jak on się nazywa- spytała Ai.
-Arantx Sanchez Vicario moja pani- wymamrotał rudowłosy podnosząc ociężałą głowę do góry- i proszę,
kapitanie Sparrow o zwrócenie mi mojej własności- powiedział wrogo patrząc na Jacka.
-Słucham?- spytał tępo Jack- Nie jestem w posiadaniu żadnej pańskiej własności. O ile mi wiadomo została on w budynku, który jak pan zauważył płonie, a pańska własność jest tam w środku. Figurki nie udało się uratować, gdyż w ferworze walki wypadła ona panu z dłoni i spłonęła jak pan widzi, w tym o to budynku. Pan żyje figurki nie ma, więc proszę z łaski swojej o nie posądzanie mnie o kradzież, której nie uczyniłem... Savy?
Wszyscy wpatrywali się w słowotok pirata z niezbyt inteligentnymi minami. Rudowłosy mimo powoli wracającej świadomości wyciągnął rękę do kapitana i powtórzył:
-Proszę zwrócić mi moją własność.
-------------------------------------------------------
zapraszam do spndy na stronie głównej ^^
i tak decyzję podejmę sama, ale wole znać zdanie czytelników.
kpt. Ai van der Woods
AHOJ

komentarze [23]

Jubileuszowe podziękowania >>Ai van der Woods
niedziela, 31 grudnia 2006 21:23:35
komentarze [26]



Drodzy czytelnicy: panie i panowie piraci, korsarze, kapitanowie, komodorzy, kaprowie, szczury lądowe i całą ludność która tak tłumnie bo aż 9503 razy byli u mnie.
Szczerze mówiąc nie śniło mi się aby moja opowieść była aż tak popularna bo zostałam dodana do ulubionych aż u 101 osób albo na 101 blogach.
Bardzo wam za to wszystko dziękuje !!!

Jest mi niezmiernie miło pisać dla was i że komuś chce się czytać te moje wypociny. Jak teraz czytam swoje początkowe rozdziały, to na zmianę płakać i śmiać mi się chce. Jak wyście mogli wytrzymać, te beznadzieje, tandetne farmazony, które wypisywałam rok temu. Szczerze was podziwiam przynajmniej tą część, która jest ze mną od początku.
Konkretnym osobom chciałabym podziękować za wsparcie mnie i mojej opowieści, no to zaczynamy:

Ax- zacznę od ciebie moja ty mała kompanko, w sumie wzajemnie podnosimy się na duchu i motywujemy do pisania. Nie tylko ty masz gorsze dni ^^. Dziękuję ci gorąco za ten cudowny szablon w komentarzach (nie ma to jak lewitujący Jack, co nie? XD). Dzięki że znajdziesz czas jeszcze aby zrobić jeszcze jeden szablon dla mnie. Mam nadzieje, że przyjdzie ci to z łatwością.
Sammy- dziękuję że zrobiłaś szablon na stronę główną do ailandu. Jestem ci niezmiernie wdzięczna, że wytrzymałaś moje komentarze nie tylko te tyczące się wyglądu szablonu, ale także moje czepialstwo w stosunku do twojej strony. Zrób mi jeszcze jedne szablon. Niedługo, jak mnie prosiłaś, mogę ci pomóc w ocenach ^^.
Wiki- to kiedy otwieramy anty- tandetne- prawie- fanfiction ? To może być bardzo ciekawe doświadczenie XD. Zmiażdżymy, zniszczymy, zmieszamy z błotem, zrównamy z ziemią, pogrążymy wszystkich którzy nie wiedzą co robią i z kim zadzierają. A jak XD XD XD. Będziemy mroczne i złe ]:->
Nans- moja droga co ja bym bez ciebie zrobiła. Szkoda że z tobą na razie nie można się skontaktować, ale wiesz za co ci mogę dziękować. Chociażby za to że jesteś albo przynajmniej starasz się robić wrażenie osoby w miarę nadarzającej za moim opowiadaniem.
Pani komodor Saara Anna Hidden- a jakże mogłabym o tobie zapomnieć. Cieszę się że zaczęłaś II tom swojej historii. Mam nadzieje że będziesz jeszcze długo pisała i nie zniechęcisz się. Ty masz zawsze takie świetne pomysły XD (ale wazeliną ciągnie XD). Powiem ci w sekrecie ;) że też już popisuję II tom Ailandu XD. Drżyjcie ludzie, ailand nie tak prędko odejdzie z myloga ha ha hahahaha
Panna komodor Sara Turner- pomimo że nie podobało mi się to ja k zaczęłaś od wielkiego bum siostra kowala Willa juniora i do tego nastoletnia komodor czarnej floty to mile mnie zaskoczyłaś swoim opowiadaniem. Teraz ci mogę to szczerze wyznać XD. Do tego stopni mi się spodobało, że u ciebie cały czas jestem na bieżąco a nie często się to zdarza XD ciesz się.
Samanta Norrington- mam nadzieję że niedługo wznowisz swoja działalność w lepszej odsłonie. Ten słownik poniżej terminów żeglarskich jest między innymi dla ciebie ;] mam nadzieje że z niego skorzystasz i że skorzystasz z niektórych moich rad, które ci przekazałam. Mam cicha nadzieje że od czasu do czasu poczytujesz ailand ? :>

No to by było na tyle z konkretnych piratów, którzy do mnie zaglądają i mają ze mną bliższy lub dalszy kontakt. Mam nadzieję, że nikogo nie opuściłam, a jeśli opuściłam to bardzo przepraszam, ale jest sylwester a ja jestem uziemiona.

Chciałabym także podziękować mojemu redaktorowi naczelnemu Kocurzycy mojej matce i cierpliwej osobie która czyta i redaguje tą moją pisaninę. Matkowi jednemu z kilku moich przyszywanych braci, który przynajmniej od czasu do czasu jak znajdzie chęć i czas aby czytać moje opowiadanie poprawia mnie, może nie w takim stopniu jak nasza przyszywana wspólna matka, ale wstępnie to redaguje także. Piotrze albo kiedyś enigmatyczny kapitanie Jacku Sparrow cieszę się bracie, że ciebie poznałam. Mimo pozorów i mojej czasami opryskliwości bardzo dziękuje, że ze mną tyle wytrzymałeś, nie wszystkim to się udaje XD jestem bardzo denerwującą osobą wiem o tym, ale cóż taka moja cyniczna natura byka XD.

No to by było na tyle z podziękowań, zapraszam wiec do słownika i XXIX rozdział . To wszystko co mogę dla was zrobić na razie. Chyba nikogo nie uraziłam moimi podziękowaniami. Jeśli tak to nie miało tak to zabrzmieć.
No to miłego czytania. Chyba jest co czytać. Rozdział bądź co bądź był pisany i poprawiany przez ponad miesiąc a nad słownikiem musiałam tez trochę posiedzieć. No to do roboty kamraci
Yo ho yo ho the pirates life for me!!!
Yo ho yo ho and the bottle of RUM!!!
Hahahaha

Kpt. Ai van der Woods

komentarze [26]

Słownik trerminów żeglarskich >>Ai van der Woods
niedziela, 31 grudnia 2006 20:35:53
komentarze [3]



Oto słownik terminów żeglarskich dla początkujących i dla tych zaawansowanych. Nauki nigdy za wiele.


Abordaż- stosowany w okresie floty żaglowej sposób walki na morzu, polegający na zaatakowaniu wręcz nieprzyjacielskiego okrętu przez wdarcie się na jego pokład
Ambarazura- otwór strzelniczy dla dział w burtach okrętów żaglowych, o kształcie prostokątnym bądź kulistym

Bak- pokład na dziobie statku
Baksztag- wiatr wiejący skośnie od rufy z jednej lub drugiej strony
Bezan- żagiel gaflowy na stermaszcie fregaty
Bezanemaszt- maszt na rufie trzy- i więcejmasztowego żaglowca; również na dwumasztowym żaglowcu jeśli jest niższy od poprzedniego
Bezpieczny węzeł- węzeł linowy używany do zabezpieczania ludzi pracujących w miejscu zagrożonym, np. za burtą. Składa się z dwóch pętli, z których jedna służy jako siedzenie, druga jako chwyt
Bom- dolne poziome drzewce gafżagla
Bramreje- trzecia od pokładu reja na maszcie
Bramsel- żagiel prostokątny na bramrei
Brammstenga- trzecia od pokładu część masztu umocowana do stęgi
Brander- statek naładowany materiałami łatwopalnymi, używany na wojnach morskich do wzniecenia pożaru na statkach nieprzyjaciela, na które puszczano go z wiatrem lub prądem
Bras- lina umocowana do lewego lub prawego noku rei i służąca do jej obracania (brasowania) w płaszczyźnie poziomej; każda reja ma dwa brasy
Brasować (obracować, przebrasować)- zmieniać ustawienie rej w płaszczyźnie poziomej, przez wybieranie jednego brasu rei przy równoczesnym luzowaniu drugiego
Bryg- pełnorejowiec żaglowy, dwumasztowy o żaglach rejowych (prostokątnych) na obu masztach
Bryza- wiatr lokalny o charakterze termicznym, wiejący rano i wieczorem w pasie przybrzeżnym wskutek różnicy nagrzewania się morza i lądu
Buchta- pętla liny owijająca jakiś przedmiot (np. pachołek) lub przewleczona przez jakiś otwór (np. ogniwo łańcucha). Także zwój liny
Bukszpryt- drzewiec na dziobie statku służący do umocowania sztagów, na których podnosi się przednie żagle trójkątne

Czarter- potocznie- umowa o przewóz towarów w transporcie morskim. „Oddać statek w czarter”- wynająć statek do przewozu towarów lub do wykonania innych zleceń, zwłaszcza podczas wojny
Ciąg talii- koniec liny przewleczonej przez blok lub przez bloki, za które się ciągnie przy podnoszeniu lub przesuwaniu ciężaru

Dryf- zboczenie statku z kursu wskutek działania wiatru i fali; stanąć w dryf- pozwolić statkowi na bezpieczne unoszenie go przez wiatr i fale
Dulka- uchwyt dla wioseł na nadburciu łodzi wiosłowej
Dziobnica- belka stalowa lub dębowa stanowiąca przedłużanie stępki i zakończenie dziobu, łącząca arkusze poszycia kadłuba w tej jego części

Fał- lina ruchoma służąca do przenoszenia żagli i części omasztowania
Fok- 1. skrócona nazwa fokmasztu; 2. skrócona nazwa żagla na fokrei
Fokmaszt- na trzymasztowym pełnorejowcu- pierwszy maszt od dziobu
Fokreja- dolna reja na fokmaszcie
Fokstenga- stenga fokmasztu
Fodewind- pełen wiatr- wiatr popychając statek wprost od rufy
Forkasztel- wzniesiona część pokładu dziobowego na okrętach żaglowych lub znajdujące się w niej pomieszczenie załogi
Forstensztaksel- pierwszy od fokmasztu trójkątny, przedni żagiel podnoszony na sztagu
Fregat- pełnorejowy żaglowiec o trzech, czterech lub pięciu masztach
Furta burzowa- otwór w nadburciu okręty, zamykany ruchomą klapą, służący do odpływania za burtę wody gromadzącej się na pokładzie

Gafel- górne drzewce czworokątnego żagla, umocowane do masztu, ruchome wokół i wzdłuż niego
Gaflowe ożaglowanie- żagle czworokątne na statkach o ożaglowaniu skośnym, tj. podnoszonym mniej lub więcej w linii symetrii statku, umocowane górnym likiem do gafla
Gafżagiel- czworokątny żagiel podnoszony na gaflu, np. bezan
Gording- lina przeciągająca żagiel do gafla, masztu lub rei
Grot- 1. skrócona nazwa grotmasztu; 2. skrócona nazwa grotżagla
Grotabras- bras grotrei
Grotmaszt- na trzymasztowych pełno żaglowcach drugi maszt od dziobu
Grotreja- dolna reja ba grotmaszcie
Grotżagiel- żagiel na grotrei

Hals- 1. ogólne pojecie kierunku, z którego wieje wiatr w stosunku do statku; jeśli wiatr wieje na statku z lewej burty- lewy hal, jeśli z prawej- prawy hals; 2. odcinek drogi przebyty przez wiatr wiejący na statek z tej samej strony
Handszpak- drążek służący do ręcznego obracania kabestanem na żaglowcach

Kabel- 0,1 mili morskiej równa 185,2 metra
Kabelgarn- nić skręcona z włókien roślinnych
Kabestan- obrotowy bęben pionowy służący do nawijania liny lub łańcuchu
Kaperski list- (kaperski patent)-dokument będący w użyciu do 1865 roku, upoważniający statek handlowy do działań wojennych przeciwko okrętom i statkom państw nieprzyjacielskich. W odróżnieniu od statku pirackiego statek kaperski korzysta z opieki własnego państwa
Kasztel - nadbudówka na dawnych żaglowcach (kasztel dziobowy i rufowy).
Kilwer- drugi od fokmasztu trójkątny żagiel przedni
Kluza kotwiczna- otwór w dziobowym poszyciu burty statku, przez który przechodzi łańcuch lub lina kotwiczna
Kolumna- pierwszy na pokładzie człon masztu
Konosament- dokument potwierdzający odbiór towaru załadowanego na statek i zobowiązujący do przewiezienia ich do określonego miejsca
Korek(łodzi)- zatyczka w dnie łodzi pozwalająca na odprowadzenie wody znajdującej się w łodzi, gdy jest ona podniesiona lub wyciągnięta z wody
Kotwica zawożna (werp)- mała kotwica manewrowa, którą wywozi się i mocuje poza statkiem, dla ściągnięcia przez wąskie przejście, odciągnięcia od nabrzeża itp.
Kubryk- pomieszczenie mieszkalne załogi na dziobie statku

Lichtuga- jednostka pływająca taboru portowego służąca do transportu towarów ze statku do magazynów portowych (lub odwrotnie) leżący np. w innym basenie
Lik- krawędź żagla obszyty linką (liklinką, likliną)
Lugier- jedno-, dwu-, lub trzymasztowy mały żaglowiec o żaglach prostokątnych, podwieszonych na ukośnych rejach
Luk- otwór w pokładzie

Łaciński żagiel- trójkątny żagiel przymocowany do drugiego, wygiętej i zawieszonej skośnie na maszcie rejki. Używany szczególnie na Morzu Śródziemnym

Manifest okrętowy- szczegółowy wykaz towarów stanowiących ładunek statku
Mars- platforemka znajdująca się w miejscu połączenia kolumny masztu ze stengą
Marsreja- druga od pokładu reja na pełnorejowym żaglowcu o marslach pojedynczych
Marsel- żagiel podnoszony na marsrei; 1. pojedynczy- jeśli składa się z jednego żagla; 2. podwójny- jeśli składa się z dwóch żagli, górnego i dolnego
Marselszot- szot marsla
Marszpikiel- ostry stalowy rożek, używany przy robotach na olinowaniu
Mesa- pomieszczenie na okręcie przeznaczone dla wspólnego wypoczynku, zajęć i zebrań załogi
Mila morska- jednostka miary odległości używana na morzu, równa 1852 metrom

Nadburcie- pionowe przedłużenie burty statku występujące na ponad górny pokład
Nawietrzna- 1. burta, w którą wieje wiatr; 2. strona, z której wieje wiatr
Nawietrzny statek- statek mający tendencję wykręcania dziobem w kierunku, skąd wieje wiatr, albo też statek znajdujący się wyżej na wietrze w stosunku do innych
Nok- koniec rei, gafla, bomu, bukszprytu

Odpaść od wiatru- iść coraz to pełniejszym wiatrem, tj. wiatrem zmieniającym kierunek od dziobu do rufy wskutek zmiany kursu statku
Oko- wachta obserwatora
Okręt flagowy- okręt wojenny, na którym jest zaokrętowany dowódca zespołu
Osprzęt- ustawione na statek urządzenia zamocowane na stałe

Pachołek- słupek drewniany lub metalowy na statku lub nabrzeżu, służący do obkładania (mocowania) cum
Padun- lina mocująca do burty górne człony masztu stęgi, bramstengi
Pełnorejowiec- pełnorejowy żaglowiec- statek żaglowy podnoszący na wszystkich masztach prostokątne żagle rejowe
Podwietrzna- 1. burta osłonięta od wiatru; 2. strona, w którą wieje wiatr
Polakra- trzymasztowy żaglowiec spotykany w XVII i XVII wieku na Morzu Śródziemnym, a dwumasztach (fok- i stermaszt) z ożaglowaniem łacińskim i trzecim (grotmaszt) z ożaglowaniem rejowym
Poszycie- blachy lub listowy drewniane, które przymocowane do odpowiednich części wiązań kadłuba tworzą burt lub pokłady statku
Półwiatr- wiatr wiejący prostopadle do burty
Prewentra- dodatkowa lina dublująca linę narażoną na zerwanie
Pryz- statek nieprzyjacielski wraz z ładunkiem zdobyty podczas wojny
Przegłębienie- trym- przechylenie statku w stronę dziobu lub rufy; przegłębienie na dziób na rufę

Rak- kołnierz metalowy, łańcuchowy lub linowy ochwytujący maszt u utrzymujący przy nim reję lub piętę (koniec, którym drzewce opiera się o maszt) gafla, zapewniający przy tym możliwość przesuwania się wzdłuż masztu
Reda- dogodny obszar morza, najczęściej przed portem, dla postoju statków na kotwicy
Refować- zmniejszać powierzchnię żagla
Reja- pozioma belka zamieszczona w swym środku ciężkości na maszcie na stałe lub podnoszona i spuszczana
Reling- główna listwa nadburcia
Rufówka- nadbudówka na rufie

Sejzing- linka służąca do podwiązywania żagla do rei przy jego zwijaniu
Saling – 1a. Połączenie kolumny masztu ze stengą 1b. Platforma znajdująca się w miejscu połączenia kolumny masztu ze stengą. Na platformie tej mogą przebywać marynarze obsługujący drzewca, żagle i olinowanie ruchome danego piętra żagli, oraz znajdujące się w jego otoczeniu elementy olinowania stałego jednostki.
Sektor sterowy- metalowy wycinek koła obracający trzon steru za pomocą cięgieł poruszonych kołem sterowym
Sieci abordażowe- opuszczane na burty sieci, ułatwiające przedostanie się na nieprzyjacielski okręt w celu abordażu
Splot- połączenie pomiędzy sobą lin roślinnych lub stalowych bez wiazania węzła
Stelinga- (sterling)- wywiecha- deska spuszczona na linach za burtę, w celu umożliwienia pracy (np. malowania) na zewnątrz kadłuba
Stenga- drugi od pokładu człon masztu nad jego kolumną
Sterbramsel- bramsel na stermaszcie
Stermarsel- marsel na stermaszcie
Stermaszt- maszt na rufie fregaty
Stępka- denne, wydłużne wiązanie kadłuba statku od dziobu do rufy
Stoper(pokładowy)- hamulec łańcucha kotwicznego
Strop- kawałek liny spleciony w koło
Supercargo- osoba na statku handlowym sprawująca opiekę nad przewożonym ładunkiem
Szańcowy pokład- wzniesiona część pokładu rufowego
Szklanka- jedno uderzenie w dzwon okrętowy. Szklanki wybija się co pół godziny, np. licząc od południa, o godzinie 12.30 wybija się jedną szklankę. O 13.00 dwie itd. Aż do ośmiu uderzeń o godzinie 16.00. następnie zaczyna się nowe liczenie szklanek od jednej do ośmiu, przy tym osiem uderzeń przypada na godzinę, której liczba podzielna przez „cztery”
Szkuner- żaglowiec o żaglach trójkątnych lub skośnokątnych żaglach gaflowych podnoszonych na dwu lub więcej masztach
Szkwał- nagły, silny podmuch wiatru
Szot- lina biegnąca od dolnego rogu żagla rejowego, od wolnego trójkątnego żagla sztagowego lub od noku bomu żagla gaflowego. Za pomocą szotu usuwa się żagiel odpowiednio od wiatru
Szpigat- otwór w nadburciu lub też pod nim w burcie, służący do odpływu widy z pokładu za burtę
Szpring- cuma biegnąca z dziobu lub z rufy statku na nabrzeże w kierunku
Szprytreja- reja umocowana w poprzek bukszprytu i służący do napinania bocznego olinowania stengi bukszprytu, a czasami także do podnoszenia małego prostokątnego żagla, szprytżagla
Sztag- lina stalowa przeciągnięta od masztu do pokładu statku lub jego bukszprytu i mocująca maszt od strony dziobowej
Sztaksel- żagiel trójkątny podnoszony na sztagu
Sztauwać- rozmieszczać i układać ładunek w ładowni statku

Takielunek- olinowanie statku
Talia- urządzenie składające się z lin i bloków, służące do zwiedzania siły uciągu przy podnoszeniu ciężkich przedmiotów i manewrowania nimi na pokładzie
Top- wierzchołek masztu, stengi, bramstengi
Topenanta- lina biegnąca od masztu i podtrzymująca nok rei
Trawers- kierunek prostopadły do płaszczyzny symetrii statku, mierzony ze statku
Trymować (osprzęt)- dopasować osprzęt i nadawać mu odpowiedni kształt roboczy przez poddanie go wstępnym naprężeniom roboczym i przez wstępne wypróbowanie

Wachta- 1. okres pełnienia służby przez jedną zmianę załogi; 2. zespół ludzi tworzących zmianę załogi
Wanta- lina stała stanowiąca umocowanie kolumny masztu i jego członów ku burtom
Węzeł- miara prędkości statku równa 1 mili morskiej na godzinę
Wręga- żebro kadłuba statku nadające mu poprzeczną sztywność. Do wręg przymocowuje się poszycie burt
Wyblinka (drablinka) –krótka linka łącząca poziomo dwie sąsiednie wanty, tworząca w ten sposób szczebel drabiny linowej wykorzystywanej do wspinania się na maszt.
Wyostrzyć do wiatru- zmienić kurs, zbliżając dziób statku do linii wiatru

Zejman- określenie człowieka morza, żeglarza, marynarz, z dwojakim odcieniem uczuciowym: albo podziwu dla doświadczonego marynarza, albo ironii, gdy chodzi o osobę udającą doświadczonego marynarza
Zwrot przez dziób- zmiana halsu przy wietrze wiejącym z dziobu
Zwrot przez rufę- zmiana halsu przy wietrze od rufy

Żurawik łodziowy- urządzenie dźwigowe służące do podnoszenia lub spuszczania łodzi okrętowej. Łódź podnosi się przeważnie na dwóch żurawikach


komentarze [3]

XXIX. Barbados- ostatni wybraniec i ostatni klucz >>Ai van der Woods
niedziela, 31 grudnia 2006 20:33:17
komentarze [7]



-Eilis wracaj!- krzyczała za córką Arvena - mówię ci wracaj natychmiast!
Dziewczyna gnała jak opętana przez korytarz pod pokładem i wybiegła po stopniach na górę. Na schodach wpadła na Luis.
-A gdzie to się nasza tak pannica śpieszy, co?- powiedział łapiąc ją za ramiona.
Dziewczyna zaczęła się szamotać, w ostatniej chwili, kiedy zauważyła, że matka jest tuż za nią, wyrwała się z uścisku i pognała przez pokład. Dobiegła do grotmasztu.
-Eilis!- krzyczała za nią Arvena
Ai właśnie stała przy sterze i patrzała na całe zaistniałe zamieszanie. Skinęła głową na trzy dziewczyny, które właśnie szorowały pokład. Załapano małą, która szarpała się niemiłosiernie.
-Co tu się dzieje? – spytała pani kapitan patrząc to na Arvenę, to na Małą- Co to za krzyki?
-Eilis... –zaczęła troskliwie matka
-Nie mów już nic więcej- powiedziała wściekle- puśćcie mnie!- krzyknęła
Ai zamachnęła się i uderzyła mała z otwartej dłoni prosto w policzek
-Uspokój się wreszcie!- krzyknęła Ai- Arveno wytłumaczysz mi co tu się dzieje?
-Tak tylko...- zaczęła Arvena, ale z bocianiego gniazda ktoś krzyknął:
-Czarne chmury na horyzoncie, zbiera się na sztorm!
Pani kapitan spojrzała we wskazanym kierunku
-Wiedziałam- szepnęła do siebie- teraz wami nie mogę się zając. Jeśli mała nie uspokoi się, to zamknijcie ja w kajucie albo w celi pod pokładem. Nie chcę jej tu widzieć w czasie sztormu- rozkazała.
-Aye- odparły kobiety i sprowadzono dziewczynę pod pokład.
Ai zaledwie zdążyła wejścia na mostek, gdy zapadła kompletna cisza, wiatr ustał a morze zrobiło się niemalże płaskie jak stół. Spojrzała ponownie we wskazanym kierunku i zobaczyła jak ciężki chmury rozdzierały co jakiś czas potężne błyskawice. Pani kapitan wywołała natychmiast całą załogę do skrócenia żagli i niebawem okręt płynął pod krańcowo zarefowanym fok- i grotmarslem oraz forstensztakslem.
-Opuścić stengi i górne reje!- krzyknęła
Po skróceniu żagli, zamocowano podwójnymi linami działa.
-Zamknąć i zasunąć ambrazury- wydawała rozkazy- opuścić zasłony na iluminatory i zaklinować pokrywy na lukach.
Na Czarnej Perle, która płynęła o jakąś pół mili przed nimi widać było ogóle poruszenie, załoga refowała żagle i przygotowywała się do najgorszego.
-Cholerna karaibska pogoda- szepnęła do siebie Ai.
Wkrótce po zachodzie słońca niebo zawaliły ciężkie chmury i zapadła ciemność, niemal namacalna, rozświetlana tylko ostrym światłem błyskawic od strony, z której nadchodził sztorm. Cisza była tak zupełna, że płomień zapalonej na rufie świeczki nawet nie drgnęła.
Świadomość, że będąc wkrótce zmuszeni walczyć ze sztormem, nie możnością w danej chwili niczego przedsięwziąć była przygnębiająca. Kobiety snuły się po pokładzie, jak gdyby przerwać koszmarną, wiszącą nad nimi ciszę. Z rzadka rzucane słowa wypowiedziane jak najcichszym szeptem. Po pewnym czasie wszech panującą cisze zakłóciły lekki powiew wiatru, a w chwilę później usłyszano jakby szum potężnego przyboju i można było zobaczyć jak tafla wody po nawietrznej przemienia się pod strumieniem padającego nań deszczu w jedno morze ognia. Jaskrawa, oślepiająca błyskawica przecięła czarne chmury, po niej nasępił potężny ogłuszający huk grzmotu i lunęła ulewa, jak gdyby niebo rozdarło się nad statkami. Ludzie musieli chwycić się olinowania, by strugi nie powaliły ich na pokładzie.
Nagle deszcz ustał prawie tak samo szybko jak przyszedł. Znów zapanowała mrożąca krew w żyłach cisza. Trwała ona tylko kilka chwil, po czym wiatr wrócił z ogromną siłą tworząc przed sobą wał białej piany. Za sprawą szczęścia wał nie uderzył okrętów z przeciwnego kierunku, jednak niemal położył okręty na burtę, fok- i grotmarsel wyrwał się z lików z hukiem podobnym do armatniego wystrzału. Sztaksel wytrzymał jednak uderzenie wiatru i pod jego działaniem Red Moonlight odpadł, a po chwili gnając ze sztormem omal nie staranował Czarnej Perły, która nie odpadła tak szybko.
-Podnieść na olinowanie bezenemasztu kawałek smołowanego brezentu, dziewczyny!- krzyknęła Ai- musimy wykręcić nas okręt z powrotem do wiatru! RUSZAĆ SIĘ! JAZDA!
Niestety nie było to wykonalne, kiedy wiatr znów zaatakowała ze swą potężną siłą. W dodatku szot forstensztaksla pękł i żagiel rozdarło na strzępy. Jednak w końcu, kiedy obsadzono ludźmi olinowania bezanmasztu i postawieniu na nim, po wielu trudach i wysiłkach, niewielki kawał brezentu. Okręt szedł teraz przez fale nieco łatwiej.
-Zapalić światła sygnałowe!- wydarła się pani kapitan, kiedy wicher znów zawył- Niech Perła wie gdzie jesteśmy!
Kiedy pokład rozświetliło skąpe światło, na Red Moonlight panował ogólny bezład. Fale zwalały się przez burtę, wyrywając z podstaw i umocnień łodzie oraz zapasowe stęgi i reje, mimo że były one dodatkowo uwiązane.
-Pani kapitan!- krzyknął ktoś z góry- tam, Czarna Perła. Odpowiedziała na nasz sygnał!
Ai odwróciła się i zobaczyła, że okręt Sparrowa ucierpiał bardziej niż Red Moonlight, stracili fok- i grotmarsereję. Stermarsel, wyrwany został z uchwytu sejzingów, trzepotał w strzępach, nie ułatwiając kapitanowi wykręcenie steru pod wiatr.
Sztorm trwał przez całą noc bez przerwy. Oba statki jak tylko mogły walczyły z nieprzyjaznym żywiołem, który targał nimi na wszystkie strony, załogi pracowały bez wytchnienia, mocując zapasowe stęgi i reje, usuwając za burtę wraki potrzaskanych łodzi, przy których kilku ludzi doznało obrażeń. W końcu słońce wzeszło i Ai mogła rozejrzeć się lepiej po pokładzie. Czarna Perła brnęła przez fale od strony sterburty jakąś milę sterując pod wiatr. Około dziesiątej wiatr ucichł tak nagle, jak nastał. Niebo zawalone było chmurami, dokoła unosiły się po morzu szczątki wraków, miotane wściekle we wszystkich kierunkach.
Okręt kołysał się i pracował tak ciężko, że niebawem zaczął przeciekać.
-Arvena- powiedziała zmęczonym głosem Ai
-Aye?
-Sprawdź jak się sytuacja wygląda pod pokładem, jeśli będzie trzeba weź dziewczyny i uruchomcie pompy
-Aye kapitanie- powiedziała i zeszłą pod pokład
Ai twardo trzymała ster, była to dla nie jak i dla całej załogi trudna noc. Nie miały jednak nawet chwili wytchnienia, bo wiatr znów się wzmógł. Żagle Czarnej Perły chwycił wiatr z przeciwnej strony, przechylając statek gwałtownie wstecz. Myślano już, że zatonie na oczach Ai i jej załogi, a oni nie będą w stanie mu pomóc. Chociaż fala wdarła się na jego pokład, zmywając wszystko, co napotkała na swojej drodze, szczęściem jednak luki okazały się szczelne i po kilku minutach statek odpadł od wiatru na lewym halsie, na którym leżał także właśnie Red Moonlight, co prawda dopiero po zrąbaniu bezanmasztu. Jeszcze przez dwie godziny oba okręty sztormowały pod wiatr, po czym siła wichru spadła. Można było utrzymać właściwy kurs pod baksztagiem.
-Postawić fokżagle i grotsztaksle- wydała rozkazy Ai
-Pani kapitan- krzyknęła jedna z załogi, kiedy piratka odeszła na moment od steru. Ai podbiegła znów na mostek i spojrzała przez lunetę. Czarna Perła mimo, że płynęła obok nich miała uszkodzony ster i okręt musiał znowu sztormować pod wiatr. Pani kapitan niewiele myśląc zarządziła to samo. Podpłynęli do Perły i trzymali się blisko przez noc i część następnego dnia, do chwili gdy pogoda się nie poprawiła i można było ponownie położyć się na kurs.
Okręt kapitana Sparrowa sterowała za pomocą łodzi o wyjętym korku, wyluzowanej za rufę na mocnej linie i kierowanej taliami przełożonymi przez końce dwóch belek, wysuniętych z obu burt rufowej części statku.
Cała załoga na obu okrętach zabrała się do naprawiania szkód. Ai najbardziej martwił fakt, że podczas gwałtownych przechyłów okrętu, wielu członków załogi zostało rannych. Na pokładzie nie mniej niż dziesięć miało połamane kończyny, dwie kobiety zaś zmarły od odniesionych obrażeń. Przeciek statku zaczął przybierać poważne rozmiary i wody przybywało, mimo że pompy pracowały bez przerwy, a nawet wybierano wodę wiadrami.
Ai w końcu zeszła do ładowni by ustalić miejsce i rozmiar przecieku. Kira doprowadziła ją w dość niedostępne miejsce. Woda buchała przez dziurę w poszyciu strumieniami przy każdym ruchu statku.
-Trzeba tu jak najszybciej zrobić plaster- zwróciła się do Kiry
-Mamy mały zapasowy szprytżagiel- odparła piratka- zobaczę co da się zrobić.
Po wielu trudach udało się kobietom podciągnąć go pod dziurę. Dzięki temu przeciek zmniejszył się na tyle, że pompa mogła stopniowo usuwać wodę.
Na pokładzie było pełno roboty, trzeba było wymienić części olinowania i połatać żagle. Pani kapitan zeszła z mostka. W kajucie kapitańskiej ustaliła z Dianą i Arveną wstępny dalszy plan działania i przydzieliły zdania. Po dwóch dniach okręt wyglądał lepiej, ale i tak musieli zatrzymać się w najbliższego portu, aby naprawić i Red Moonlight i Czarną Perłę. Nie było rozsądnym iść w morze, nie dokonawszy gruntownych napraw.
Najbliższym portem była Road Town, stacjonował tam niewielki korpus brytyjski. Oba okręty nie cumowały w porcie tylko na pobliskiej plaży przygotowywano się do całkowitego wyładowania obu okrętów.
-Opuścić wszystkie stengi, zostawcie jedynie kolumny masztów i bukszpryty- poleciła pani kapitan.
Następnie uszczelniono ambarazury i luki smołowanymi pakułami przygotowując w ten sposób statek do położenia na burtę. Przy kolumnach masztów przyśrubowano przez ich końce pod kadłubem prewenty wantowe. Wynająwszy kilka dużych, zaopatrzonych w kabestany ligchów, które sprowadzono z portu, które należycie zabalastowaliśmy, statek został położony na burcie wynurzając stępkę.
-Nic nie da się zrobić, woda przedostaje się pod poszyciem ochronnym- stwierdziła rzeczowo Kira po badaniu dna.
-Co będzie trzeba zrobić
-Na pewno usunąć sześć czy siedem desek poszycia dna, do tego dwie wręgi są uszkodzone. Będzie trzeba przyśrubować na nich od wewnątrz wzmocnienia.
Poluzowano talie i postawiono okręt na równej stępce.
-Kira- powiedziała do swojego cieśli okrętowego- coś mi się widzi że grotmaszt też będzie trzeba wymienić
-Rzeczywiście, jest najbardziej uszkodzony ze wszystkich trzech masztów. Jest do tego stopnia zgnieciony, że będzie trzeba go wyjąć i zrobić nowy.
-Ile to nam zajmie czasu?- spytała zatroskanym głosem Ai
-Hm... nie wiem jak tam sprawy się mają na Perle, ale w dwa miesiące da się zrobić- powiedziała dość mało entuzjastycznym głosem.
-Cholera, cholerne sztormy- żachnęła się pani kapitan.
Ai zeszła na ląd i wraz z kapitanem Sparrow. Ruszyli do doku, aby móc tam zakupić drewno i potrzebne rzeczy do naprawy statku. W mieście było dziwnie spokojnie.
-Nie dziwi cię ta atmosfera w mieście?- spytała Ai.
-Też zauważyłaś ten spokój?- odparł pirat.
-Że na mnie nie zwracają uwagi to jeszcze zrozumiem, ale że ciebie nie poznali?- jej pytanie było przesiąknięte ironią.
-Hm... zastanawiające- powiedział łapiąc się za warkoczyki na brodzie- myślałem, że jestem dobrze znany w każdym porcie na Karaibach
-To lepiej nie myśl, mój drogi tak intensywnie, bo będziesz wyglądał jak twoja łajba- zakpiła kobieta
Spojrzał na nią spode łba i całą drogę byli dla siebie uszczypliwi.
W doku drewna było wystarczająco, ale tylu chętnych się zebrało, że stary sknerusowaty szkutnik podwyższył stawkę prawie dwukrotnie.
-Rozbój w biały dzień- mruknęła piratka.
-Czyż to nie naturalne?- spytał Jack.
Mimo usilnych targów właściciel nie zniżył ceny nawet o jednego pensa i piraci musieli mu zapłacić dwa worki złota za tyle drewna ile im było potrzeba.

Naprawa trwała tyle, ile założyła Kira. Po dwóch miesiącach można było stwierdzić z radością, że Red Moonlight i Czarna Perła były znów w najzupełniejszym porządku i w stanie takiej gotowości morskiej, jak wówczas, gdy wychodziły po raz pierwszy z doku.
-Zastanawiające, że Royal Navy nie zainteresowała się przybyciem Sparrowa- głośno myślała Ai siedząc w swojej kajucie wraz z Arveną, Gwen, Dianą i Sokołem.
-Taak masz rację... - wyraziła swoje nieukrywane zdziwienie Arvena.
-Gwen- zwróciła się do czarnoskórej szamanki- po tych dwóch miesiącach spędzonych w Road Town, cała załoga, jak widziałam jest zdrowa, zwarta i gotowa do pracy.
-Aye sir. Wszyscy są cali i zdrowi. Mieliśmy dużo szczęścia, bo okazało się, że kobiety miały, dość poważne co prawda, ale tylko złamania. Obyło się bez amputacji.
-To najważniejsze- skwitowała Ai- to by było wszystko, możecie wracać na stanowiska.
Kobiety wstały i już były przy drzwiach kiedy pani kapitan powiedziała:
-Arvena powiedz Dianie, że zaraz ją zmienię.
-Aye!
Świeży powiew morskiego słonego powietrza zawsze dodawał Ai sił i motywacji do działania. W mgnieniu oka zjawiła się na mostu i odebrała ster od swojego pierwszego oficera.
-Czarna Perła jak zawsze gna pierwsza- stwierdziła Diana.
-A jakże by mogło być inaczej... - złośliwie odparła pani kapitan- Sparrow ma odremontowany statek to musi go wypróbować.
-Czyżby cię to dziwiło, pani kapitan?- spytał Luis, wychodząc spod pokładu.
-Jedyne, co mnie dziwi to to, że przez dwa miesiące jak byliśmy w Road Town, nikt nie zwrócił na nas uwagi- powiedziała odwracając do niego.
Mężczyzna przysiadł na stopniach prowadzących na mostek i obserwował prężnie pracującą załogę.
-Chyba Lizzy przywykła do życia na okręcie.
-Nie ma jak ciekawość, tajemnica skrywana namiętnie przez morskie odmęty- odparła z filozoficznym tonem Ai.
Odwrócił się. Kobieta patrzała na niego ponuro.
-Zabieraj się do roboty, Luis- powiedziała- nie leń mi się na pokładzie.
-Aye- odparł mężczyzna, wstał i zszedł pod pokład.

Droga na Barbados przebiegała spokojnie i bez większych przygód, które byłyby warte szerszego opisywania., a mimo to pani kapitan coraz bardziej się niepokoiła. Pogoda i dobry wiatr sprzyjały im przez całą podróż, mimo wszystko kobieta była nerwowa i w złym humorze, wyciskała z załogi ostatnie poty.
Któregoś kolejnego dnia z bocianiego gniazda usłyszała krzyk:
-Zieeemiaaa!
Ai nie przysporzyło to powodów do radości. Patrzyła nieufnie na tą rajską karaibską wysepkę na archipelagu Małych Antyli. Zmieniono żagle na białe, a na maszcie Red Moonlight powiewała brytyjska flaga. Wpłynęli ostrożnie na redę i gdy dzień chylił się ku zmierzchowi podpłynęli do portu. Kobieta poszła jeszcze na moment do kajuty aby wzięła zabrać płaszcz, kapelusz i pas z bronią. Gdy zacumowali na kei, zeszła na ląd.
-I jak znajdziemy teraz osobę, której szukamy?- spytała Jacka i Mariath, którzy już tam na nią czekali- chyba twój kompas nie jest, aż tak dokładny- powiedziała z wyczuwalną kpiną w głosie.
-Wątpisz w jego możliwości?- spytał podejrzliwie i z małą ledwo wyczuwalną nuta pogardy.
-Niee, no co ty, zdaje ci się- odparła z teatralnym oburzeniem.
-Możecie już skończyć- żachnął się Flavio, który właśnie doszedł do nich, a za nim powłóczył nogami Luis.
Obaj kapitanowie zamilkli patrząc na siebie z pogardą. Cała piątka ruszyła do miasta, Ai wyjęła kompas i spojrzała na tarczę - Igła nie mogła stanąć w miejscu. Piratka podumała przez chwilę. Wyjęła swój medalion i zawiesiła nad busolą. Igła po chwili zatrzymała się i wyznaczyła konkretny kierunek.
-A nie mówiłem- powiedział Sparrow z triumfem w głosie- mój kompas jest niezastąpiony.
-Tak jak ty- jawną kpinę rzuciła w jego stronę pani kapitan.
Luis złapał ją za ramię i szepnął do ucha:
-Nic nie zyskasz w ten sposób. Jeszcze się Sparrow obrazi, wiesz że on jest nieobliczalny- ostrzegł ją- Ty powinnaś to wiedzieć najlepiej.
Odwróciła twarz i spojrzała na niego z nieukrywanym zdziwieniem.
-O czym ty mówisz?- spytała podejrzliwie- Albo inaczej, skąd TY możesz o tym wiedzieć?
Uśmiechnął się ironicznie i powiedział wymijająco:
-Bywałem tu i tam.
-Co tam gołąbeczki tak szepczecie do siebie?- rzekła cyganka- może byśmy tak już zaczęli poszukiwania?
Ai odwróciła się i poszła w kierunku, w którym wyznaczanym przez kompas. Zaprowadziło ich to do mało przyjemnej części Castries - miasta portowego, do którego przypłynęli. W dzielnicy biedoty, gdzie nie chodziło się bynajmniej bezpiecznie. Ai przez cały czas trzymała broń w gotowości. Byli nieustannie obserwowani przez ludzi, którzy przemykali obok nich. Jedynie Sparrow wydawał się niczego nie zauważać i z pełną lubością na twarzy przyglądał się kobietom lekkich obyczajów, które prezentowały swe wdzięki przechodniom.
-On jest obleśny- szepnęła Mariath do Ai.
-Dopiero teraz to zauważyłaś moja droga?- zdziwiła się piratka.
-Jack nie mógłbyś się powstrzymać?- powiedziała głośno do pirata, który właśnie skierował swój wzrok na młodą blondynkę w bordowo czarnej sukni, stojącą w drzwiach domu publicznego. Ocknął się jak z transu i spytał:
-A cóż ja takiego robię, skarbie? Czyżbyś była zazdrosna?
-Nie, tylko mamy sprawę do wykonania, która jest ważniejsza niż damskie dekolty, nie uważasz kochaneczku?
Jack spojrzał po swoich kompanach i naciągając na głowę mocniej kapelusz. Czujnie zaczął obserwować spod kapelusza ... damskie dekolty. Mariath wywróciła oczami. Ai zaśmiała się pogardliwie:
-Widzisz moja droga, starego wilka morskiego już nic nie zmieni.
Jej jadowity głos zmusił Sparrowa do oderwania wzroku od wdzięków płci pięknej.
Kobieta spojrzała na niego z góry, prezentując przy tym swój najbardziej arogancki uśmiech. Po czym oderwała od niego wzrok i poszła dalej.
Po kwadransie kiedy przeszli niemały kawałek po zabłoconej, brudnej, niewybrukowanej drodze dotarli do jednych z wielu drzwi długiego szeregowego budynku mieszkalnego, który był ,jak z resztą wszystkie tutejsze budynki, w opłakanym stanie. Cała piątka miała spodnie po kolana ubłocone, a buty grzęzły im po kostki w brunatnej ulicznej mazi.
-To co, wchodzimy?- spytał Flavio siląc się na entuzjazm.
Spojrzeli po sobie i niepewnym krokiem weszli po drewnianych, zgnitych schodach do drzwi. Jack, jako że wspiął się pierwszy, mocnym kopniakiem „otworzył” drzwi, które wisiały teraz na jednym zawiasie ukazując ciemne wnętrze domu.
-Nie powiem Sparrow, to było bardzo subtelne- powiedziała Ai.
-Nie prawdaż złotko- odparł- Proszę damy przodem.
-O nie, ty otworzyłeś, ty wejdziesz pierwszy- powiedziała wyjmując szpadę.
Mężczyzna przełknął ślinę, odwrócił się i wszedł do środka. W pomieszczeniu panowały egipskie ciemności, a deski skrzypiały tak przeraźliwie, że wszyscy myśleli, że zaraz wpadną do piwnicy. Okna były brudne miały powybijane szyby. Księżyc co jakiś czas wychodził zza chmur, rzucając smugę światła. Grupa rozglądała się dookoła, ale nie było możliwości dojrzeć czegokolwiek.
-Co to za cholerne miejsc- powiedział Luis, po chwili było słychać głośne łup i wrzask- aaa... co to do cholery jest ?- próbował wymacać na co wpadł.
Ai szła przy ścianie. Nagle wywróciła się robiąc dookoła małe zamieszani, kiedy wstała i masowała bolące miejsce oznajmiła niezbyt radosnym głosem:
-Chyba znalazłam schody.
Luis zabrał z ziemi kawałek drewna po tym, na co wpadł i zapalił go, oświetlając nieco pomieszczenie. Pokój był brudny, zniszczony, a ściany obdrapane.
-Czy ktoś tu w ogóle mieszka?- spytała Mariath rozglądając się dokoła.
-Ja- powiedział głos, ale nikt nie wiedział, z której strony on przyszedł.
-Kim jesteś? Pokaż się!- rozkazała pani kapitan.
-A niby czemu, pani kapitan?- zapytał męski głos.
Nagle światło, które trzymał Luis zgasło, a on sam upadł na ziemię i słychać było, jakby ciągnięto bezwładne ciało po podłodze. Wszyscy, w jednej chwili, wyjęli broń i uważnie nasłuchiwali, ale jednostajne szuranie i skrzypienie desek była nie do zniesienia. Nagle wszystko ucichło. W ułamku sekundy przed Mariath zapłonęło światło i ukazała się dziewczynie twarz nieznanego mężczyzny. Cyganka tak się przeraziła, że zrobiła krok w tył i przewróciła się, uderzając głową o podłogę i tym samym tracąc straciła przytomność. Światło jak nagle się pojawiło tak zgasło. W chwili później światło księżyca wpadło do pomieszczenia.
-Flavio, Jack gdzie jesteście?- spytała nerwowo Ai.
-Jesteee...- Flavio nie dokończył zdania, upadł z hukiem na podłogę.
-Co jest, do cholery- rzekł wściekle Jack.
-Nic, zupełnie nic panie Sparrow- usłyszeli, po czym w pokoju pojawiło się światło lampy trzymanej przez kogoś w długim ciemnym płaszczu- weszliście na mój teren- mężczyzna w kapturze mówił po angielsku z lekko wyczuwalnym hiszpańskim akcentem. Jego twarzy nie dało się dostrzec spod obszernego kaptura.
-Kim jesteś?- spytała Ai.
-Kimś kogo nie powinniście spotkać.
Lampa zgasła, a jednocześnie ucichły wszystkie szmery w pomieszczeniu.
Ai i Jack dostali czymś twardym w głowę i osunęli się na podłogę nie wydawszy ani jednego dźwięku.

Piratka nie otwierała oczu. Poczuła zaschniętą strużka krwi na skroni i policzku. Bolała ją głowa, ledwo czuła swoje kończyny, a kiedy oblizała wargi poczuła, że ma usta i język są spierzchnięte. Otworzyła z trudem oczy, ale niczego to nie zmieniło- dookoła panował mrok. Światło tutaj nie dochodziło nawet najmniejszym promieniem .
-No pięknie- powiedziała. Chciała wstać, ale nie dość, że była obolała to jeszcze miała skrępowane ręce na plecach- w co myśmy się wpakowali?- żachnęła się.
Odchrząknęła, przełknęła ślinę, przekręciła lekko głowę i próbowała rozwiązać krępujący ją sznur.
-Cholera- szepnęła do siebie, kiedy nie udało się jej wyswobodzić rąk- Niech to szlag.
Zebrawszy wszystkie siły, podniosła się z zimnej brudnej podłogi. Próbowała coś dojrzeć, wszędzie było tak samo czarno. Nagle usłyszała czyjś słaby oddech.
-Hej...- powiedziała głośniej- kto tu jest?- spytała.
Ktoś się poruszył i odchrząkną.
-Kto tutaj jest?- powtórzyła pytanie.
-Yyy... to ja... Mariath- powiedział słabym głosem dziewczyna.
-Jak się czujesz?
-Słabo mi i jestem cała obolała...
-Zastanawiałam się, ile już tak tutaj leżymy?
-Kilka ładnych godzin- odezwał się męski głos.
-Flavio?- ucieszyła się Mariath.
-Tak siostrzyczko- odparł.
-Co się z nami stało?- spytała piratka.
-Nie wiem, dostałem w głowę i zostałem zaciągnięty tutaj. Kiedy zobaczyli, że nie straciłem do końca przytomność, zrzucili mnie ze schodów- powiedział cygan.
-Gdzie reszta?- spytała nerwowo Mariath- Gdzie Jack i Luis?
-Nie mam zielonego pojęcia, prawdopodobnie są w podobnej sytuacji jak my.
Zapadła nieprzyjemna cisza.
-W co myśmy się wpakowali?!- nie wytrzymała Ai.
Nagle drzwi otworzyły się i zalało ich oślepiające światło. Zrzucono do nich dwa ciała i zamknięto drzwi z hukiem.
-Chyba nasi kompani się znaleźli- podział cygan.
-Jack, Lui ?- spytała nerwowo Ai.
Cisza.
Po dwóch godzinach drzwi ponownie się otworzyły, zeszło do nich kilku ludzi. Po dwóch, brutalnie złapali każdą osobę i wyprowadzili wszystkich na zewnątrz. Całą piątka była oślepiona światłem, Ai odwróciła się i zobaczyła Luis -był okropnie poturbowany i nienaturalnie wygiętą nogę, prawdopodobnie złamaną ... przeniosła wzrok na Jacka na jego okrwawiony prawy rękaw koszuli, tak samo prawą nogawkę. Do tego był blady i chyba powoli odzyskiwał świadomość.
-Nie rozglądaj się!– warknął mężczyzna, który ją trzymał- chcesz wyglądać tak jak on?
Kobieta spuściła głowę i pozwoliła się prowadzić. Zaprowadzono ich do jakiegoś pokoju i przywiązano do krzeseł. Flavio krzyknął z bólu, gdy wykręcano mu ręce do tyłu. W pomieszczeniu, do którego ich przyciągnięto paliło się kilka świec. Przed piątką, w cieniu stało grupa ludzi. Jeden z nich wysunął się w krąg światła i zapytał:
-Po coś cię tu przyszli?- Ai poznała ten głos- to był ten sam mężczyzna co wczoraj, teraz wyraźnie zobaczyła jego postać. Był około trzydziestoletnim facetem o płomienno rudych włosach do ramion i zielonych oczach, dobrze zbudowany, z małą rudawą bródką. Przyglądał się im uważnie- Odpowiadać!- podniósł głos, ale nie było w nim irytacji czy groźby, a raczej zaciekawienie.
-A co ci to da, że byśmy ci powiedzieli?- wypaliła Mariath.
Mężczyzna podszedł do niej i z otwartej dłoni uderzył ją w twarz, z kącika jej ust popłynęła strużka krewi.
-Pani kapitan, może ty mi powiesz, dlaczego się tutaj zjawiliście, hm...?- spytał siadając na krześle naprzeciw piratki.
Kobieta spojrzała na niego obojętnym wzrokiem.
-Mógłbyś mnie rozwiązać i tak dostałam wystarczająco mocno po głowie, że nie jestem w stanie nic zrobić, no i... zabraliście mi broń. Więc mógłbyś być tak uprzejmy i rozwiązać mnie?
Przyjrzał się jej, podchodząc do niej wyjął sztylet, następnie przeciął więzy. Wrócił na swoje miejsce naprzeciwko kobiety. Ai rozcierała obolałe nadgarstki.
-No więc?
-Szukamy kogoś...- zaczęła.
-Taak? A czemu akurat tutaj?- spytał.
-Widzisz, jest taka mapa...
-Nie, Ai, nic im nie mów -krzyknęła Mariath, za co ponownie dostała w twarz.
Piratka zobaczyła jak młodej cygance pociekła krew z nosa. Twarz Mariath zrobiła się czerwona i nabrzmiała. Flavio zaciskał usta, żeby nie krzyknąć, aby zostawili jego siostrę w spokoju. Wiedział, że to tylko pogorszy ich sytuację. Rudowłosy złapał Ai za podbródek i przekręcił jej twarz do siebie.
-Powiesz mi w końcu?- syknął zjadliwie.
-Hm... jak już mówiłam mam pewną mapę, która ma doprowadzić do skarbu.


komentarze [7]

XXVIII. Rozmowy >>Ai van der Woods
sobota, 25 listopada 2006 17:39:19
komentarze [20]



Ahoj kamraci !
Ax ta nota jest dla cuebie skoro tak prosiłaś o opisy :D proszę bardzo masz je ^^ specjalnie dla ciebie i dla całej reszty czytelików.
Życzę miłego czytania
kpt Ai van der Woods
---------------------------------------------------------------------
Późny wieczór przyniósł Tortudze bezchmurną zimną pełnię, nieboskłon obsypał się mnóstwem migoczących gwiazd. Zimne mdłe światło roztacza przyjemny blask na spokojnych wodach zatoki przy porcie wyspy potępionych, gdzie rozpusta, gwałt, przestępczość i rozróby są na porządku dziennym. Nie ma tu ani praw ani porządku, miasto żyje samo dla siebie. W tawernach jest huczno i gwarno, światła świec ukazują istną orgię, która rozgrywa się w tawernach i na ulicach tego pirackiego raju. Jedynym w miarę spokojnym miejscem jest port, gdzie zawsze cumują okręty, czy to handlowe, czy też uzbrojone „po zęby” zwinne brygi korsarzy. Pod zwiniętymi krwisto czerwonymi żaglami stoi dumnie okręt, Red Moonlight- Czerwona Księżycowa Poświata, niema nikogo na pokładzie. Załoga dawno już wyszorowała pokład, zwinęła liny i naprawiła uszkodzony podczas ostatniego sztormu takielunek. Załoga dostała pozwolenie zejścia na ląd, część jednak siedzi pod pokładem. Można usłyszeć śpiewy, rozmowy, śmiechy kobiecej załogi tego pięknego okrętu. W kajucie kapitańskiej jest spokojnie i cicho, ale światło się pali, pani kapitan musi być w środku. Ai van der Woods, dumna i stanowcza pani kapitan o ciemno brązowych oczach jak gorzka czekolada i kruczoczarnych włosach. Jej szlachetną twarz zdobi piękna opalenizna. Tym razem kobieta pogrążona jest w głębokim zamyśleniu. Widać, że coś ją gnębi. Szanowny zadek spoczywa na obitym zielonym aksamitem rzeźbionym krześle. Na blacie biurka rozłożone są mapy i przyrządów nawigacyjnych, za plecami pani kapitan pali się jedna z zaledwie dwóch płonących tutaj świec. Jej nieruchomy wzrok skupił się na zabawie złotym medalionem w kształcie słońca, który stał się dla niej bardziej tajemniczy niż myślała wcześniej. W tych pięknych promieniach wychodzących z okrągłego gładkiego jądra, kryła się w nim wielka tajemnic, której sama nie była w stanie zgłębić.
Na biurku stała do połowy opróżniona butelka rumu, nagle została ona zabrana. Kobieta podniosła leniwy wzrok ze swojej zabawki na postać, której dłoń przyozdobiona pierścieniami wysadzanymi szlachetnymi kamieniami. Przybrudzone i odrobinę poszarpane ramię koszuli zabrało butelkę i skierowało ją do ust mężczyzny, pirata pełną gębą. Pod czarnymi wąsami i brodą związaną w dwa warkoczyki, kryły się kształtne usta, które kryły w swym wnętrzu złote zęby. Czarne otoczki wokół ciemnobrązowych oczu robiły tajemnicze lekko lekceważące spojrzenie. Jack Sparrow, o tak wielki kapitan Czarnej Perły, durzy intelekt skryty pod gąszczem dredów, warkoczyków i różnego rodzaju ozdoby wplecione we włosy. Na włosach zawiązana czerwona chusta. Siedział naprzeciw biurka z nogą założoną na nogę, rozparty jak wielki pan i władca Karaibów. W mgnieniu oka opróżni ł butelkę i z tęsknotą popatrzyła na panią kapitan.
-O nie Sparrow, więcej nie dostaniesz- powiedziała ostro- wypiłeś swoją butelkę i dobrałeś się do mojej. Nie pomagasz mi w niczym, pasożycie.
-Jak to nie, skarbie. Przesyłam ci dobre wibracje.
Kobieta wywróciła oczami.
-Wsadź sobie te swoje dobre wibracje do buta- powiedziała nerwowym tonem- idź, zrób coś ze sobą.
Spojrzał na nią z politowaniem, wstał i podszedł do okna za jej plecami. Kobieta nawet się nie odwróciła, tylko znów zaczęła się bawić swoim medalionem. Atmosfera w kajucie była, co najmniej dziwna. Ai czuła spokojny rytmiczny oddech Jacka, wiedziała, że jest spokojny i nie będzie robił żadnych nieoczekiwanych ruchów. W pewnym momencie pani kapitan straciła całe zainteresowanie medalionem, schowała go pod koszulę, wstała z krzesła narzuciła płaszcz na ramiona, wzięła swój kapelusz i podeszła do drzwi. Sparrow odwrócił lekko głowę w bok. Kobieta złapała za klamkę, wyszła na zewnątrz. Chłodna morska bryza przywróciła ją na ziemię. Weszła po schodach na mostek kapitański i opierając się o ster spojrzała na skały, które tworzyły naturalną bramę do tego piekła. Widok był cudowny, między skałami na krańcu horyzontu majaczyły białe żagle okrętu, jasne światło księżyca miękko oświetlało jego kontury. Morze było spokojne, lekki wschodnio-południowy chłodny wiatr poruszał płaską jak stół taflą morskich odmętów. Ai wciągnęła głęboko słone morskie powietrze, poprawiła sobie płaszcz, który zaczął zsuwać się jej z ramion. Ktoś jednak przytrzymał jej dłoń. Odwróciła lekko głowę, ale i tak wiedziała, że nie musi sprawdzać kto stoi za nią.
-Nasze drogi znów się splotły, pani kapitan- usłyszała za sobą głos.
-Nie prawdaż?- jej głos był przesiąknięty ironią.
-Czyżby przeznaczenie?
-Tylko jak dla mnie niechciany zbieg okoliczności- ściągnęła brwi i przymrużyła oczy- czyżbyś coś wymyślił, mój błyskotliwy towarzyszu?
-Oprócz tego, że wypłynięcie bez zgrai cyganów jest raczej niemożliwe, to chyba nie.
Wciągnęła po raz drugi głęboko powietrze w płuca i odwróciła się do natręta, który śmiał przerwać jej rozmyślania. Z ironicznym uśmiechem na twarzy stał za nią kapitan Czarnej Perły. Zrzuciła z siebie, ciążącą na jej ramieniu, dłoń mężczyzny.
-Jesteś mi coś winien- powiedziała zbliżając swą twarz do jego upojnie pachnącej rumem zapitej mordy. Mina jaką miała w tym momencie nie wyrażała pozytywnych emocji, pełno było w niej obrzydzenia i pogardy- pamiętaj o tym- szepnęła mu do ucha wymijając go.
Zeszła pod pokład. Przechodząc koło kajuty Arveny chciała do niej zajrzeć, ale widząc światło w szparze przy podłodze, zrezygnowała z tego zamiaru i skierowała swe kroki do celi więźnia. Wyjęła pęk kluczy i cicho otworzyła drzwi.
Na koi w rogu kajuty leżał przywiązany stary McGregor, wydawał się drzemać, ale kobieta wyczuła, że wie o jej obecności. Zamknęła drzwi, zbliżyła się do mężczyzny, zobaczyła jak powoli otwiera powieki.
-I na co ci to było, co?- spytała.
Mężczyzna odwrócił twarz w stronę zakratowanego bulaju.
-Tak jak ty, nie nawiedzę braku wolności i swobody.
Przez bulaj do kajuty wpadało niewiele światła. Świece już dawno zostały mu zabrane więc kajuta pogrążona była praktycznie w całkowitym mroku. Ai wyszła na korytarz, zabrała lampę wiszącą na ścianie i kiedy chciała zamykać drzwi zobaczyła cień na schodach. Weszła do środka, zamknęła drzwi na klucz aby mieć pewność że nikt im nie będzie przeszkadzał, zapaliła lampę i podeszła do McGregora. Twarz miał pobladłą, usta sine, a ubranie praktycznie w strzępach.
-Przydało by ci się nowe okrycie.
-Żebym mógł je znów rozszarpać- powiedział z cynizmem w głosie.
Kobieta przyjrzała mu się z uwagą, pochłaniała każde jego słowo.
-Nie chciałam cię zamykać, ani tym bardziej przykuwać cię do koi, ale sam do tego doprowadziłeś, John... mogę ci m mówić po imieniu?- dodała po chwili.
-Rób, co chcesz, to w końcu twój okręt.
Kobieta podeszła do biurka powiesiła lampę na haczyku, który jakimś cudem uchował się na ścianie. Usiadła na brzegu biurka, założyła nogę na nogę, podparła głowę na dłoniach a ręce podtrzymała na kolanach. przyglądała się mężczyźnie z niezwykłą uwagą, było w nim coś co ją intrygowało i jednocześnie przyciągało.
-Wiesz kim jestem- padło z ust kobiety stwierdzenie, w którym ledwo wyczuwalny był pytający ton.
-Wiem. Wiedziałem, także od dawna, że zjawisz się w moim domu.
-Wiedziałeś ?- była zaskoczona jego odpowiedzią- jak to wiedziałeś?
-Myślisz, że po co podzieliłem mapy?- jego głos był przesiąknięty ironią- widziałem napis i wiedziałem jakie to pociąga za sobą konsekwencje. Nie mogłem tego trzymać w jednym miejscu.
-Podzielenie ich niewiele ci dało- powiedziała oschle- i tak w końcu „wybrańcy” połączyli je w jedną całość.
Mężczyzna poruszył się i powiedział:
-To było do przewidzenie, nie uważasz? W końcu „wybrańcami” są, jak to mapa ujęła „złoczyńcy”.
-Może jeszcze mi powiesz, że wiedziałeś, gdzie przebywa Arvena i wiedziałeś, że kiedyś się zjawi w twoim domu?
-Wiedziałem, że uciekła, że wzięła mapę i że kiedyś przybędzie do mnie po wyjaśnienia, ale nie przypuszczałem, że będziesz przy niej.
-Skoro wiedziałeś, że i ja i Arvena, kiedyś do ciebie przybędziemy to, po jakie licho chciałeś uciekać skoro takie było nasze „przeznaczenie”, że tak to ujmę ?
Nastała chwila milczenia. McGregor odwrócił twarz w stronę kobiety. W jego jasno niebieskich oczach światło lampy roztaczało tajemniczy blask, powodując, że jego tęczówki przybierały lekko fioletową barwę. Przełknął ślinę i rzekł:
-W sumie już długo nic nie jadłem. Mogę cię prosić o jakąś strawę, Aniele śmierci?
To zdanie było tak nieoczekiwane, że piratka prawie spadła z biurka.
-Coś ty powiedział?- spytała roztrzęsionym głosem.
-Jestem głody i spragniony- po jego minie było widać, że nie ma zamiaru jej niczego wyjaśniać.
Ai miała oczy wielkie jak spodki, przyglądała się mężczyźnie z nieukrywanym strachem. Zsunęła się powoli z biurka i chwiejnym krokiem skierowała się do wyjścia. Wyjęła pęk kluczy i otworzyła drzwi. Na korytarzu panował półmrok, ale kontury twarzy pirata, który stał oparty o ścianę były wyraźne. Ai lekko przestraszonym wzrokiem, zamknęła zamek i skierowała się do pokładowej kuchni. Pirat podążył za nią. Prawie czuła na swoich plecach pytający wzrok, który napawał ją dreszczem. Serce kołatało się w niej jak szalone, oddech stał się płytki i szybki, czuła, że jej nogi robią się jak z waty i jeśli nie przytrzyma się na ścianie to upadnie. Oparła się o drewnianą ścianę przystając na chwilę. Pirat stanął o krok za nią. Nie chciała i nie mogła się odwrócić, nie mogła się tłumaczyć, ledwo wytrzymywała szok, który przeżyła. Odbiła się od ściany i ruszyła dalej poprzez ciemny korytarz na końcu, którego paliło się jasne światło i dobiegały śmiechy załogi. Pani kapitan weszła do środka i głosy ucichły, kiedy za nią w drzwiach pojawiła się twarz pirata.
-Pani kapitan, co się stało?- spytała Mary, która siedziała najbliżej drzwi i zobaczyła przerażenie na twarzy piratki. Ai zwróciła na nią swoje przerażone spojrzenie. Mary przeszedł dreszcz, a włosy na rękach stanęły jej dęba, kiedy zobaczyła pobladłą przerażoną twarz swojego kapitana.
-Chaim, zostało jeszcze coś w miarę ciepłego z ostatniego posiłku?- spytała drżącym głosem.
-Aye- powiedziała kobieta, która stała przy palenisku. Nałożyła na duży półmisek kawałek mięsa, kilka pajd chleba i trochę owoców, podała jeszcze butelkę rumu.
Ai odebrała od niej naczynie i ruszyła z powrotem do więźnia. Nawet nie spojrzała na pirata, który stał za nią, była tak zaszokowana słowami więźnia, że nie zwracała na nic uwagi, szła jak w transie. Kiedy doszła do drzwi postawiła półmisek na ziemi, otworzyła zamek i weszła do środka zabierając z podłogi naczynie. McGregor leżał spokojnie na swoim posłaniu.
-Dziękuję, możesz mnie teraz rozwiązać, czy będziesz mnie karmić?
Położyła półmisek na biurku i wyjmując klucze otworzyła kajdany, które pętały jego dłonie. Podała mu naczynie. Mężczyzna łapczywie zaczął jeść, Ai splotła ręce na plecach, aby więzień nie widział jej zdenerwowania, patrzała przez bulaj na księżyc. Drzwi otworzyły się ponownie i ukazał się w nich kapitan Sparrow. Kobieta odwróciła się na pięcie. Wyglądało na to, że już się uspokoiła, patrzała na niego spode łba.
-Czego tu szukasz?- spytała.
-Chciałbym poznać twojego, a można raczej naszego więźnia.
-On jest mój, nic ci do niego.
-W sumie łączy nas wspólna sprawa, czyż nie ?
Kobieta spojrzała na niego groźnie. McGregor zachowywała się tak jakby go nie obeszła cała zaistniała sytuacja i spokojnie zajadał swój posiłek, odkorkował butelkę i powoli zaczął sączył złoty płyn. Bawiła go ta scena. W końcu nie wytrzymał i odezwał się:
-Mało w was jedności, piraci.
Oboje odwrócili się do McGregora.
-Nie mam w zwyczaju ufać komuś kto już raz mnie zdradził i przez kogo mogłam zginąć- powiedziała spokojnie, ale czuć było w jej głosie może nie tyle groźbę czy furię, a bardziej pretensje.
-Jestem piratem- skwitował Sparrow.
-Już ja ci pokaże pirata!- krzyknęła- jeszcze pożałujesz swoich poczynań, Sparrow.
Kapitan uśmiechnął się ironicznie.
-Tak sądzisz?
-Czyżby to było wyzwanie?- spytała.
Skrzyżował ręce na piersiach i z nie schodzącym ironicznym uśmieszkiem spojrzał na nią z góry. Ai miała tego wystarczająco dosyć, ale opanowała się robiąc głęboki wdech. Na korytarzu zobaczyła kilka głów kobiet ze swojej załogi, które przyglądały się całej zaistniałej scenie z nieukrywanym zainteresowaniem. Piratka podeszła do mężczyzny i wypchnęła go z kajuty. Jack nie stawiał specjalnego oporu.
-Nie robić zbiegowiska, nie ma na co patrzeć!- krzyknęła do załogi- a z tobą się jeszcze policzę- szepnęła jadowicie, odwróciła się- skończyłeś?- skierowała pytanie do więźnia.
-Tak, pani kapitan- rzekł stary McGregor z kpiną, kiedy wymawiał tytuł kobiety.
Ai podeszła, odstawiła na bok półmisek oraz pustą butelkę, wyjęła klucze i na powrót zakuła mężczyznę kajdanami do koi. Wzięła z ziemi naczynia i zamykając celę na klucz, naczynia kobiecie, która stała przy drzwiach.
-Odstawa to do kuchni- rozkazała- a ty tu czego jeszcze stoisz?- warknęła do Sparrowa- zabieraj mi się stąd!
Spojrzał na nią, odwrócił się na pięcie, kiedy już był przy schodach spojrzał za siebie i zobaczył uskrzydloną kobietę, ale kiedy tylko zamknął na moment oczy na powrót ujrzał panią kapitan. Potrząsnął głową i ruszył do góry schodami prowadzącymi na pokład.
Kobieta skierowała się do sypialni załogi. W pomieszczeniu znajdowało się może ze dwanaście kobiet w różnym stanie trzeźwości. Ai od razu poprawił się humor, słysząc radosne skoczne melodie grane przez jej załogę i pijackie śpiewy. Kochała wolność jaką dawało jej morze i brak ścisłych reguł. Kiedy była małą dziewczynką, nie umiała się na niczym skupić czując wiatr wiejący wprost od morze. Matka już w tedy wiedziała, że nie będzie w stanie utrzymać jej w ryzach na lądzie i prędzej czy później będzie musiała jej powiedzieć prawdę, o tym czym się zajmowała i czemu ojca nie ma całymi miesiącami w domu. Mieszkały w małym nadmorskim miasteczku w Szkocji mimo, że matka urodziła Ai na Karaibach. Jako mała dziewczynka zawsze wspinała się na zielone klify i siadając na krawędzi wpatrywała się w statki majaczące na horyzoncie, przesiadywała tak całymi godzinami. Późnym wieczorem wracała do domu, małego dworku z wielkim ogrodem, w którym mieszkała wraz z matką, nie raz dostała reprymendę od rodzicieli, że nie powiedziała jej gdzie była. Matka Ai, piękna Gabriella o płomienno rudych włosach i zadziornym charakterze, doskonale rozumiała córkę. Młoda dziewczyna oprócz charakteru nie odziedziczyła po matce nic, prócz zmysłowych kształtów, dużych oczy i kształtne czerwone usta. Ai była kubek w kubek jak ojciec, śniada skóra, kruczoczarnych włosach i czekoladowe oczy. Piratka dziękowała rodzicom za gruntowne wykształcenie, które jej zapewnili, jako jedna z niewielu kobiet w tamtych czasach miała własnego nauczyciela, starego profesora z Cambridge. Nauczył ją nie tylko czytać, pisać, rachować, ale także również poruszali tematy filozofii antycznej jak również współczesnej Można by rzec, że nie było tematu, na którym by się piękna młoda kobieta nie miała własnego zdania.. Matka nauczyła ją jeździć konno, zajmować się domem i umiejętnie wpływać na ludzi, była znakomitą manipulatką. Kiedy już trafiła na statek, gruntownie poznała astronomie i nawigację. Ojciec zajął się nauką tak przydatnych na morzu jak i na lądzie czynności jak obsługą dział, ale również jako doskonały szermierz całą swoją wiedzę i umiejętności wpoił w niezwykle chłonną głowę córki. Wysoki poziom inteligencji i umiejętne wykorzystanie wiedzy nad przeciwnikiem dawały jej przewagę nad nie jednym mężczyzną z wyższych swer, a już tym bardziej nad pospolitymi piratami. Nauczyła się nie rzucała się w oczy Royal Navy, dzięki czemu miała spokój i bez przeszkód mogła pływać po wodach morza karaibskiego, ale jej statek i jego nietypowa załoga była znana brytyjskiej jak i hiszpańskiej flocie, statki handlowe lękały się krwisto czerwonych żagli. Wśród piratów pani kapitan Ai van der Woods była znaną postacią, chociaż większym szacunkiem obdarzali jej ojca, kapitana Michaela van der Woods.
Następnego dnia piratka obudziła się w sypialni załogi na jednej z koi. Kiedy otworzyła oczy i podniosła ociężałą głowę zobaczyła, że reszta załogi jeszcze śpi. Usiadła, postawiła nogi na ziemi i zaczęła szukać swojego kapelusza. Zguba leżała na ziemi pod koją. Kobieta wstała, włożyła kapelusz na głowę i wyszła z sypialni. Powolnym krokiem powlokła się na pokład. Był spokojny poranek, słońce ledwo wschodziło znad linii horyzontu. Weszła na mostek kapitański o patrząc na słońce, popadła w głęboką zadumę. Usłyszała kroki na schodach i odwróciła się, to Luis ze swoimi zabandażowanymi rękoma wychodził właśnie na pokład. Ai bacznie go obserwowała jak się przeciąga i drapie po głowie.
-Nic się nie zmieniłeś- pomyślała.
Odwrócił się w stronę kobiety i z promiennym uśmiechem na ustach powiedział:
-Dzień dobry pani kapitan.
Ai odwzajemniła uśmiech choć z trochę mniejszym entuzjazmem. Mężczyzna chyba to zauważył, bo podszedł do niej i zapytał:
-Czy coś cię trapi, moja piękna?
Piratkę zawsze zaskakiwało to, że Luis wiedział kiedy było jej źle, pomimo jej usilnych starań ukrycia swojego smutku.
-Jak ty to robisz?- spytała.
-Co robię? Wiem kiedy ci jest źle i potrzebujesz oparcia?- spytał mężczyzna podchodząc do niej- znamy się tyle lat, nie zmieniłaś się, aż tak diametralnie, abym nie mógł cię rozszyfrować.
-Nigdy nie umiałam dojść jak ty to robisz, że zauważasz .
-Ponieważ twoje oczy robią się posępne puste i jednym słowem smutne- powiedział uśmiechając się do kobiety- jestem bardziej spostrzegawczy niż ci się wydaje.
Ai spuściła głowę aby ukryć swoją zmieszaną minę, po czym odwróciła się w stronę słońca.
-Będziemy mieli niedługo dodatkowy balast- powiedziała spokojnie.
-Co masz na myśli?- spytał wpatrując się tak jak kobieta w pomarańczową tarczę.
-Cyganie chcą abym ja i Sparrow zabrali ich z Tortugi, gdzieś gdzie będą mogli wieść spokojny żywot.
-Czyli możemy ich odstawić na każdą małą bezludną wyspę- powiedział rozbawiony.
-Albo od razu wysłać ich do Port Royal. Royal Navy na pewno się niemi pieczołowicie zaopiekuje- powiedziała śmiejąc się, pierwszy raz od dłuższego czasu.
Luis przyglądał się jej twarzy z uwagą, zanim kobieta powstrzymała się od ataku śmiechu, mężczyzna złapał ją w swoje silne ramiona.
-Uważaj na swoje dłonie kolego- powiedziała lekko speszona.
-Jesteś wystarczająco miękka, żeby nie bolało- zamruczał.
Kobieta otrząsnęła się i wyrywając się z uścisku powiedziała:
-Uważaj na to co robisz, Luis. Nie pozwalaj sobie!- powiedziała stanowczo.

Kilka tygodni później

Wstał nowy dzień, słońce kolejny raz rozpoczyna swą drogę po niebie. Silny wiatr wieje z północnego zachodu, ale nie zwiastuje to złej pogody, niebo jest bezchmurne. Po kilku godzinach słońce wzeszło na tyle wysoko, że poranne purpurowe odmęty przybrały kolor nieprzeniknionego lazuru. Wiatr stracił nieznacznie na sile. W tej pięknej scenerii na horyzoncie majaczą dwa małe czarne punkty, które z każdą chwilą robią się coraz większe i majestatyczne. Oto dwa dumne okręty pod pełnymi żaglami suną po gładkiej tafli morza karaibskiego, kruczoczarne żagle Czarnej Perły i krwisto czerwone Red Moonlight. Dwa dumne piękne okręty o czarnych mahoniowych kadłubach. Na pokładach obu statków prężnie działa załoga. Oczywiście statki nie były by tak prędki gdyby nie ich doświadczeni kapitanowie: Ai van der Woods i Jack Sparrow.
-JAZDA RUSZAĆ SIĘ! MUSIMY DOPŁYNĄĆ NA MIEJSCE PRZED ZMIERZCHEM!- krzyknęła do załogę pani kapitan. Oddała ster Dianie ,swojemu pierwszemu oficerowi i podeszła do Arveny, która siedziała ze swoją córką na relingu.
Piratka odwróciła się do pani kapitan z promiennym uśmiechem. Ai przyjrzała się małej.
-Jak się czuje?- spytała.
-Bardzo dobrze, pani kapitan- wyskoczyła dwunastoletnia blondynka o brązowych oczach i jasnej lekko muśniętej słońcem cerze. Wyglądała na zdrową i pełną życia dziewczynę, ale potrzebowała jeszcze doświadczenia i umiejętności aby przetrwać.
-To dobrze – powiedziała kobieta i pogładziła dziewczątko po głowie- Arvena mogę cię prosić na słowo?
-Aye! Eilis zostań tutaj- rozkazała córce i podeszła do sterburty.
-Wiesz gdzie płyniemy?- spytała Arvena.
-Cyganów już odstawiliśmy na bezpieczny dla nich ląd- powiedziała Ai- teraz musimy liczyć tylko na kompas Sparrowa- powiedziała wyjmując przedmiot z kieszeni płaszcza- przynajmniej znanym konkretny kurs.
-Sprawdzałaś na mapach?- zadała pytanie czysto tendencyjne znając doskonale odpowiedz.
Ai spojrzała na kobietę znacząco spode łba.
-Płyniemy na Barbados- powiedziała spokojnie konkretnym głosem- prawdopodobnie po ostatniego wybrańca.
-Wiesz jak go znaleźć?- spytała piratka.
-Nie mam zielonego pojęcia, Arveno.


komentarze [20]

XXVII. Propozycja nie do odrzucenia >>Ai van der Woods
sobota, 11 listopada 2006 17:11:21
komentarze [18]



Nowy rozdział torochę szybko, ale zawsze. Maria to dla ciebie i Ax mam nadzieję, że będziesz jak chciałaś pierwsza ^^.
No to by było na tyle.
kpt Ai van der Woods
----------------------------------------------------------------------
Ai szła ulicami Trotugi, kiedy z jednej z zaułków wyskoczył obleśny facet rechocząc. Ai nie zwróciłaby uwagi na niego - przecież to było takie normalnie na Trotudze, ale jednak kobieta, z którą prawdopodobnie się zabawiał, nie wynurzyła się na ulicę. Pani kapitan szła wystarczająco długo żeby owa „dama” mogła się pozbierać do kupy. Ai podeszła i zobaczyła jak na ziemi leży nieprzytomna zaledwie kilkunastoletnia dziewczynka. Była cała pobita zapewne dlatego, że stawiała opór napastnikowi, tym bardziej została brutalnie zgwałcona:
-BYDLĘ!- krzyknęła Ai
Podeszła do dziewczyny i ręką odgarnęła brudne włosy z twarzy. Była cała w siniakach, opuchnięta i zakrwawiona. Dziecko miało ledwo wyczuwalny oddychała. Ai, niewiele myśląc, wzięła dziewczynkę na ręce i zaniosła je na swój statek.
W kajucie kapitańskiej było cicho i spokojnie. Ai otworzyła okno, żeby wywietrzyć lekką stęchliznę, panującą w jej kajucie. Przyniosła miskę wody i szmatkę aby przemyć twarz dziewczynki, którą położyła na swojej koi. Pannica miała opuchniętą całą twarz, lecz mimo to było dokładnie widać jej delikatne rysy. Delikatna, niegdyś śnieżnobiała cera, ciemne brwi i długie czarne rzęsy.
-Biedactwo, że też musiałaś tu trafić z własnej woli- mówiła do siebie piratka.
Miska z czystą wodą, jaką Ai przyniosła, po chwili stała się brunatno szara. Gdy pani kapitan wróciła z powrotem ze świeżą wodą, dziewczyna nie zmieniła swego położenia. Kiedy tym razem Ai jej się przyjrzała zauważyła, że dziewczę ma rozcięty łuk brwiowy i górną wargę aż do samego nosa, miała szramę na policzku.
-Co oni ci zrobili?- spytała sama siebie.
Nagle ktoś zaczął dobijać się do drzwi kajuty. Ai wstała, wytarła brudne dłonie i podeszła do drzwi lekko je uchylając.
-Tak?- spytała Jacka, który stał przed drzwiami.
-Mogę wejść?- spytał.
-Nie?- odparła krótko i kiedy chciała zamknąć drzwi mężczyzna przed nosem przytrzymał je dłonią- Sparrow, nie teraz, jestem zajęta!- syknęła jadowicie przez zaciśnięte zęby.
-To pilne.
-Jak dla mnie wszystko, co jest związane z twoją osobą może poczekać! O Gwen chodź do mnie- powiedziała widząc swojego medyka, która właśnie zmierzała pod pokład- Nie chcę cię tu widzieć Sparrow! Won z mojego statku, ale już!- powiedziała głośno i dobitnie wpuszczając kamratkę do swojej kajuty
Gdy drzwi do kajuty zostały zamknięte na klucz. Gwen spojrzała pytająco na swoją panią kapitan.
-Co się stało?
-Sama zobacz- powiedziała wskazując na dziewczynę leżącą na koi- znalazłam ją w mieście. Trochę ją już wymyłam.
Czarnoskóra kobieta podeszła do nieprzytomnego dziecka. Obejrzała jej twarz, sprawdziła tętno i oddech.
-Jest słaba, ale wytrwa- stwierdziła po wstępnych oględzinach- musimy ją umyć przebrać i nakarmić jak wróci jej świadomość.
-To ja pójdę po nową wodę, a ty się nią zajmij- powiedziała- Ciekawe czy ten ignorant nadal tam sterczy- szepnęła do siebie.
-Zapewne tak!- powiedziała lekko rozbawiona piratka.
Gdy tylko Ai otworzyła drzwi Jack dopadł ją, jak drapieżnik względnie bezbronną ofiarę. Kobieta spojrzała na niego z nieukrywanym obrzydzeniem. Odwróciła się i zeszła pod pokład, pirat pognał za nią i na korytarzu złapał ją za ramię.
-Czekaj!- powiedział.
-Czego znowu ode mnie chcesz?- spytała Ai nie odwracając się.
-Musimy pomówić o propozycji Mariath.
-Nie teraz- rzekła dobitnie- skarb nie ucieknie, jeśli jest na wyspie.
-No właśnie, JEŚLI!
-Nie mam czasu- powiedziała, wyrywając się z jego uścisku- jak chcesz czegoś więcej się dowiedzieć to idź do Mariath!
-No właśnie, Mariath złożyła nam propozycję nie do odrzucenia nieprawdaż?!- spytał.
-Nie wiem jak tobie, ale Mnie osobiście ten skarb nie jest do niczego potrzebny- mówiąc to kierowała się do kuchni pokładowej.
Pirat nie odstępował od niej na krok.
-Sparrow, jeśli nie zabierzesz swojego zawszonego tyłka z mojego pokładu, to mnie pożałujesz- powiedziała. dobitnie kładąc nacisk na każdą obelgę i każdy rozkaz.
-Co ty nie powiesz?- spytał z enigmatycznym uśmiechem na twarzy.
Ai wracając z misą wody wyminęła mężczyznę. Kiedy przechodziła koło sypialni załogi usłyszała ciche:
-AI!
Serce jej zamarło. Zapomniała kompletnie w całym tym zamieszaniu o Luisie. Kolejny facet na jej głowie, wywróciła oczami i stawiając miskę przy drzwiach weszła do sypialni załogi.
-Tak, Luisie zdrajco- powiedziała.
-Przestań, co się dzieje ?
-Nic, co by cię mogło obchodzić.
-Co tu robi sławny kapitan Sparrow?- spytał patrząc na pirata, który właśnie wchodził do pomieszczenia rozglądając się dookoła.
-Ja też nie wiem i nie chce wiedzieć- powiedziała piratka odwracając się- ja będę wracać do swoich obowiązków, wybaczcie- mówiąc to był już przy drzwiach.
-Czekaj- zawołał za nią Jack.
-Z tobą skończyłam już rozmowę- rzekła jadowicie- zwijaj się z mojego okrętu.
Na korytarzu zabrała miskę i poszła do swojej kajuty.
-I co z małą- powiedziała stawiając misę przy koi.
-Hm... nie wygląda,, żeby gdzieś miała złamania- powiedziała rzeczowym tonem- oprócz opuchlizn, siniaków i wszechogarniającego brudu nie wygląda na nic poważnego, fizycznie. Widać, że była przez jakiś czas przetrzymywana i regularnie gwałcona, co na pewno odbiło się na jej psychice, ale do jakiego stopnia to dopiero się przekonamy jak się ocknie.
-Rozumiem- wzięła nową czystą ścierkę i kontynuowała mycie dziewczynki. Gwen zaopatrzyła się w drugą i pomogła swojej pani kapitan myć dziecko.
-Co za zwierzęta, że też należymy do tego samego gatunku- żachnęła się Ai.
Gwen nie odpowiadała, dobrze wiedziała kogo pani kapitan ma na myśli i nie chciała drążyć tematu. Kobiety musiały zdjąć z małej jej poszarpaną suknię, co nie było łatwe, bo gorset był ściśle zawiązany. Kobiety przewróciły małą na bok. Kiedy mała leżała już czysta, umyta i jej ciało wydawało się mniej opuchnięte niż wcześniej pani kapitan dała jedną ze swoich starych nie używanych koszul, fakt może Ai była trochę mocniej zbudowana od tej małej nieprzytomnej chudziny i koszula lekko wisiała, ale zawsze lepsze to niż jakby miała się obudzić naga. Dostała jeszcze jakieś proste lekko poszarpane spodnie, ale wyglądała znośnie. Tylko włosy dziewczynki nie dało się rozczesać tym bardzie umyć więc piratki postanowiły, że najlepiej będzie jak obetną je. Ai wyjęła szpadę i jednym szybkim cięciem skróciła włosy równo do ramion dziewczynki. Teraz można było spokojnie rozczesać i umyć włosy. Gwen przyniosła od siebie mikstury, którymi nasmarowała dziewczynie, wszystkie jej opuchlizny, siniaki i rany, miało to przyspieszyć gojenie. Pani kapitan przyniosła dzban wody i czysty kufel z kuchni.
-Dobrze. Ona się jeszcze przez jakiś czas się nie obudzi- powiedziała czarnoskóra piratka- ja będę do niej zaglądać, a ty idź i znajdź Sparrowa. W końcu musiał mieć jakiś ważny powód tego najścia.
-Ech- westchnęła ciężko pani kapitan, odwróciła się zabrała połaszcz kapelusz z krzesła i wyszła.
Na pokładzie panował spokój.
-A właśnie musze ją jeszcze sprawdzić- powiedziała pani kapitan i zeszła pod pokład.
Korytarza dolnego pokładu były czyste, wypastowane i nie było mowy o poślizgnięciu się na brudzie. Ai była mile zaskoczona, ale jakoś nie mogła uwierzyć, że to zrobił ten mały wypłosz z Port Royal.
-Hm... trzeba to sprawdzić- powiedziała do siebie i skierowała się do klitki Elizabeth.
Weszła do pomieszczenia bez zbędnego pukania i zobaczyła jak dziewczyna leżała na koi cała umorusana i spocona. Spała snem sprawiedliwym.
-A może jednak- rzekła szeptem- masz u mnie plus Lizzy- zadowolona wyszła z kajuty.
Kiedy świeża morska bryza rozwiała jej czarne włosy, na bek burcie siedziała zapłakana Arvena. Ai podeszła do niej i kładąc rękę na jej ramieniu spytała:
-Co się stało Arveno? Nie wiedziałam już od dawna jak płaczesz.
Kamratka podskoczyła zaskoczona, odwróciła swą zapłakaną twarz.
-Ai tak chciałam, żeby ona tutaj nie trafiła- powiedziała wtulając swoja zapłakaną twarz w tors Ai. Pani kapitan pogładziła ją po włosach.
-Ale powiesz mi, co się stało?
-Moja... moja córka, trafiła na Tortugę- załkała żałośnie- a tak bardzo chciałam, żeby do tego nie doszło
-To ty wredna szumowino miałaś córkę i MI nie powiedziałaś- rzekła
-Ai ja nie wiem gdzie jest, przypłynęła na Karaiby żeby mnie szukać a statek na którym płynęła zaatakował zaatakowany przez jakichś parszywych piratów. Zabrali ją wiadomo w jakim celu. Ai ona jest jeszcze taka mała, taka malutka- załkała jeszcze donośniej.
-Spokojnie moja ty nieszczera kamratko- powiedziała czule Ai- chodź kogoś musisz zobaczyć- powiedziała ciągnąc Arvenę za sobą do kajuty- tylko to może być dla ciebie lekki szok- mówiąc to otworzyła drzwi kajuty.
Arvena rozejrzała się po pomieszczeniu, na łóżku zobaczyła mała dziewczynkę o jasnych blond włosach i opuchniętej twarzy. Kobieta podbiegła do łóżka.
-CO ONI CI ZROBILI!- krzyknęła- gdybym wiedziała, uchroniłabym cię od tego- podniosła małe nieprzytomne ciało do swojej piersi i trzymała je mocno w ramionach.
Ai i Gwen postanowiły wycofać się z pomieszczenia.
-W końcu się spotkały- powiedziała Ai- i pomyśleć, że jeszcze pięć minut temu nie wiedziałam że mój kwatermistrz jest matką.
-Ta mała jest córką Arveny?- spytała zaskoczona Gwen
-Tak.
-Zaskakujące.
Ai lekko się uśmiechnęła, odwracając głowę w stronę portu zauważyła przechodzącą Dianę
- Ty zajrzyj jeszcze do naszej mamuśki- dodała rozbawiona- DIANA CZEKAJ!
Kobieta odwróciła się i uśmiechnęła się widząc idącą szybkim krokiem w jej kierunku Ai.
-Tak, pani kapitan?
-Sprawdź zapasy amunicji i żywności. Czeka nas w najbliższym czasie długa wyprawa.
-Aye- skierowała swoje kroki w stronę statku, a pani kapitan ruszyła do miasta.
-Gdzie ja ciebie teraz znajdę Mariath?- szepnęła do siebie Ai rozglądając się dookoła- ech
Przechadzała się ulicami miasta, kiedy ktoś z tyłu złapała ją w pasie i szepnął do ucha:
-Tęskniłaś?
Odwracając się, zobaczyła twarzy Flavia, Mariath i Jacka, uśmiechnęła się blado.
-Tak nie do końca- szepnęła mu do ucha- właśnie cię szukałam Mariath.
-Domyślałam się- powiedziała cyganka uśmiechając się- jaką podęliście decyzję?- spytała, kierując to pytanie do obu piratów.
-Właściwie chciałem z panią kapitan van der Woods o tym pomówić, ale niestety nie miała DLA MNIE czasu- odparł sarkastycznie pirat unosząc znacząco brwi.
Ai w odpowiedzi spiorunowała go wzrokiem.
-Jak tam twój szlachetny tyłek, kapitanie?- spytała z fałszywym uśmiechem.
Klepiąc się w pośladki odparł:
-W jak najlepszym stanie.
Flavio złapał Ai pod ramię.
-To co będziemy tak stać na ulicy?- spytała Mariath krzyżując ręce na piersiach.
-Wejdźmy do tej knajpy- kapitan wskazywał na tawernę „Galion”.
W środku było pusto i spokojnie. Paru zapitych gości spało na stołach w towarzystwie uroczych dam lekkich obyczajów. Kiedy Ai zobaczyła zapite pyski nabrała takiego obrzydzenia, że wyrwała się z uścisku Flavia.
-Co się dzieje?- spytał.
Nie odparła tylko usiadła przy stole w rogu, gdzie dogasała świeca. Rozglądając się po karczmie zauważyła że brudne szyby wpadało mało światła z zewnątrz, wszystko w środku jak większość tawern na Tortudze ledwo stoi. Piratka rozsiadła się wygodnie na krześle, pozostałą trójka zrobiła to samo.
-Więc Ai Jack, zbierzecie nas z tej przeklętej wyspy? – spytała bezpardonowo cyganka.
Pani kapitan spojrzała na kapitana Sparrowa pytającym wzrokiem.
-W zamian pomożemy wam odnaleźć skarb- dodał zachęcająco Flavio.
-A od kiedy mój okręt robi za morski dyliżans?- spytała Ai.
-Od kiedy dostaliście od nas propozycję nie do odrzucenia- stwierdza cyganka.
-Mam swoje zasady- mówi stanowczo.
-Które będziesz musiała nagiąć, jeśli chcesz dostać ten skarb- skwitował Jack.
-Nie myśl sobie, że tylko mojemu statkowi dojdzie ludzi.
-Wiem, skarbie- uśmiecha się- wygląda na to, że podjęłaś decyzję.
Pani kapitan była zaskoczona.
-Aa... żeby cię Sparrow- syknęła- dobra zgadzam się.
-Świetnie, to kiedy możemy wypływać.
Ai spojrzała na Jack wyniosłym wzrokiem.
-No właśnie kapitanie Sparrow, kiedy?
-Spokojnie, mamy czas- powiedział pirat- Rolf podaj rum.
-Jak sobie życzysz kapitanie- odparł barman- Natali podaj to kapitanowi.
Młoda kelnereczka podeszła do stolika w mocno wydekoltowanej sukni. Pani kapitan wstała i kierowała się do wyjścia.
-Miłej zabawy- szepnęła kelnerce- zadowól go- otworzyła drzwi i wyszła.
Para cyganów popatrzyła na siebie i Flavio rzekł:
-To my też pójdziemy- powiedział lekko kłaniając się kapitanowi i wziął swoją siostrę pod ramię, zostawiając kapitana z jego nową zdobyczą.
Pani kapitan stała na deskach Red Moonlight.
-I jak Diana jak zapasy ?
-Jest dobrze, ale jeśli ma być dłuższa podróż to konieczne uzupełnienie ładowni.
-Jest jeszcze jeden problem.
-Tak, pani kapitan
-Złożono mi propozycję nie do odrzucenia. Chodź do mojej kajuty muszę ci coś pokazać
W pomieszczeniu na koi dziewczynka leżała nadal nieprzytomna, a Arvena z zaschniętymi na twarzy łzami leżała na koi z nogami na ziemi. Ai przemknęła z Dianą bezszelestnie do biurka, na którym nadal leżała rozłożona mapa do skarbu. Pani kapitan wytłumaczyła swojemu pierwszemu oficerowi całą zaistniałą sytuacje i co muszą wykonać, aby dotrzeć do skarbu. Diana była poruszona :
-Jak to nas cyganie szantażują?!
-Ciszej- syknęła Ai- musimy, nie mamy wyboru.
-A co na to kapitan Czarnej Perły, to jego też dotyczy.
-I jego i mnie i Luisa. Cóż, po rozmowie z nim wnioskuję, że się zgadza.
-Tylko żeby nas znowu nie wystawił do wiatru- ostrzegła piratka.
-Musimy mieć oczy szeroko otwarte. To na tyle, możesz odejść.
-Aye- powiedziała kobieta, odwróciła się i wyszła z kajuty.
Pani kapitan spojrzała na Arvenę i jej córkę. Mała poruszyła się niespokojnie.



komentarze [18]

XXVI. Mapy łączą się >>Ai van der Woods
niedziela, 29 października 2006 20:56:13
komentarze [24]



AHOJ KAMARACI ! ! !
Po mojej miesięcznej przerwie znów dodaję nowy rozdział. Jak zauważyłam w komentarzach, część z was się już niecierpliwiła i domagała świeżej krwi XD. To zapraszam, nowy rozdział świeży i pachnący dopiero co napisany. Mam nadzieje, że was zadowoli.
A TERAZ DEDYKACJA ! ! !
JESTEM OGROMNIE WIDZIĘCZNA MOJEJ KAMRATCE SAMMY ZA ZROBIENIE TEGO CUDOWNEGO SZABLONU, KTÓRY MACIE ZASZCZYT WIDZIEĆ NA STRONIE GŁÓWNEJ MOJEGO DZIENNIKA POKŁADOWEGO. JESTEM SAMMY BARDZO ALE TO BARDZO WDZIĘCZNA, ŻE FATYGOWAŁA SIĘ I ZROBIŁA DLA MNIE SZABLON. W KOŃCU KTOŚ SPEŁNIŁ MOJĄ PROŹBĘ
WZRUSZYŁAM SIĘ! PRZEPRASZAM!

No to miłego czytania życzę wszystkim ! ! !
to by było na tyle
kpt Ai van der Woods
----------------------------------------------------------------------------------------------------
Pani kapitan lekko zdyszana i spocona, została postawiona na ziemię. Flavio złapała ją w pasie i przyciągnął do siebie szepcząc: przedtem liczę na buziaka
Piratka uśmiechnęła się zalotnie do cygana, podskoczyła i jak małe dziecko dał mu całusa w policzek, po czy czmychnęła do Arveny.
-Jak się bawiłaś w nocy i wczorajszego wieczora?- spytała kamratka
-Ech... jestem wykończona. Chciałbym się przebrać w swoje ubranie. Widziałaś gdzieś może Mariath?- spytała rozglądając się dookoła
Cyganka siedziała z kapitanem Sparrowem przy suto zastawionym stole.
-Mariath możesz nam zwrócić rzeczy, w których tutaj przyszłyśmy?
Jack oderwał wzrok od swojej towarzyszki i odwrócił głowę do piratek:
-A po co ci one?- spytał sarkastycznie patrząc na panią kapitan- Nie podoba ci się ten piękny gorset, który masz na sobie?
Ai wywróciła oczami na dźwięk tego pytania i ze skrzywioną miną odparła:
-Wiesz Jack, raczej nie, ale zawsze mogę ci go odstąpić.
Kapitan Czarnej Perły chciał już coś powiedzieć, otworzył usta, ale Mariath zdążyła się wtrącić, nerwowo powiedziała:
-Dobrze skończcie już tą kłótnię. Dziewczyny chodźcie za mną
-Ależ ja się dopiero rozgrzewam- mówiąc to groźnie patrzała na Sparrowa, który patrzała na nią w podobny sposób.
Arvena chwyciła Ai za ramię i pociągnęła ją za sobą.
-Chodź już.
Kobiety skierowały się do namiotu, w którym Ai spędziła ostatnią upojną noc z przystojnym cyganem. Piratki weszły do środka, a po kilku minutach przyszła Mariath z dwoma tobołkami.
-Mariath mam do ciebie pytanie- zaczęła Ai
-Tak?- spytała cyganka podnosząc głowę.
-Co to za maska?- spytała wskazując na przedmiot leżący na kufrze.
-A to. Hm... domyślałam się, że cię to zaintryguje, a nawet taki był mój zamiar-powiedziała tajemniczo cyganka.
-Słucham?- spytała zdziwiona piratka- jak to?
-Pamiętasz jak ci mówiłam o skarbie żywiołów, jako o legendarnym nieodnalezionym bogactwie?
-Taak?!
-Widzisz, pod wieloma względami piraci nie różnią się od cyganów. A ty jesteś szczególnym połączeniem sparrowowatego cwaniactwa i żyłki do złota oraz cygana- powiedziała kobieta kierując się do wyjścia, zabierając przy okazji maskę ze sobą- Teraz przebierzcie się –powiedziała na odchodne.
Kiedy piratki zostały same, spojrzały na siebie:
-Coś mi tu śmierdzi- stwierdziła Arvena.
-Mi też- odparła Ai podchodząc i rozwijając tobołki. Między swoimi rzeczami znalazła mały liścik:
„Pasując wam te ubrania, więc jak chcecie może je zabrać ze sobą”
Pani kapitan przeczytała liścik kilka razy, aby upewnić się, że dobrze zrozumiał treść w nim zawartą, po czym zgniotła kartkę.
-Ciekawe- powiedziała patrząc na wyjście- co ci cyganie kombinują?
-Na pewno się dowiemy, prędzej czy później- stwierdziła Arvena.
Kobiety nie rozmawiały ze sobą więcej. Szybko przebrały się w swoje ubrania. To co zdjęły z siebie zawinęły w chustę. Pani kapitan wciągnęła na nogi swoje wysokie buty i poprawiła kapelusz na głowie, spojrzała na swoją towarzyszkę, która w tej chwili poprawiała jeszcze koszulę.
-Możemy iść?
-Teraz już tak- powiedziała poprawiając swoje czarne oficerskie buty.
Obie piratki wyszły z namiotu, z tobołkami na ramieniu.
-To powiesz nam w końcu, o co chodzi?- spytała bezpardonowo Arvena.
Mariath uśmiechała się enigmatycznie i gestem dłoni zaprosiła dziewczyny by przysiadły się do niej i Jacka.
-No Jack, w końcu będziesz mógł się czegoś więcej dowiedzieć.
Pirat przyglądał się bacznie cygance.
-Więc może zacznę od początku... Teraz zjemy śniadanie, a później pojedziemy do miasta.
-MARIATH!- z pretensją w głosie piraci krzyknęli na cygankę.
Śniadanie przebiegło spokojnie. Jednak napięcie między całą piątką było prawie namacalne. Rachel siedziała dość daleko od nich, ale jej mądre oczy mówiły, że wie co się dzieje między młodymi. Ai nie miała specjalnego apetytu, tak samo z resztą jak Arvena. Posiłek im się stanowczo dłużył, nawet rozmowa z Flaviem nie sprawiała im przyjemności. Jack natomiast złapał za dzban wina i nalewał trunku po brzeg swojego kielicha.
Kiedy nareszcie śniadanie dobiegło końca, Mariath wstała i gestem głowy kazała piratom iść za sobą. Za namiotami była mała prowizoryczna stajnia. Cyganka weszła do środka. Podeszła do pięknego karego ogiera, pogładziła go po chrapach.
-Możecie wybrać, każdy po jednym wierzchowcu- powiedziała kierując się po sidło i uzdę dla swojego wierzchowca
Ai podeszła do gniadego konia o czarnej hebanowej grzywie i rozumnych ciemnych oczach i delikatnie pogładziła go po boku. Arvena wybrała młodą izabelowatą klacz o białej grzywie i takim samym ogonie. Flavio wybrał drugiego pięknego karego ogiera bliźniaczo podobnego do ogiera Mariath.
-Jack po pijaku nie dosiadaj konia- powiedziała lekko podniesionym głosem Ai- nie pojeździsz na nim zbyt długo
-Kochanie, nie martw się. Ja już nie takie rzeczy robiłem- mówiąc to próbował założyć swojemu kasztanowatemu ogierowi uzdę.
-Jack, Ai ma rację, szczególnie, jeśli chodzi o tego młodego ogiera. On zrzuci cię prędzej niż ci się to wydaje- potwierdziła słowa pani kapitan cyganka.
-Ja nie dam rady, złotko?- powiedział dosiadając godnie ogiera, który z miejsca puścił się do galopu i wyskoczył ze stajni.
-Jedziemy za nim?- spytała Ai, patrząc na Mariath i Flavia.
-Nie ma innego wyboru- powiedziała Mariath dosiadając swojego wierzchowca, pozostali uczynili to samo i pędem puścili się za Jackiem, który w szaleńczym cwale wjechał w las.
-JACK ŚCIĄGNIJ WODZE! ŚCIAGNIJ WODZE!- krzyczała Mariath
-To coś pomorze?- spytała Arvena
-Nie, ale zawsze można próbować- odparł Flavio.
Ai dała swojemu wierzchowcowi piętami w boki i przyspieszyła do cwału, Flavio pognał za nią. Dżungla w dzień robiła mnie przerażające wrażenie, więcej światła wpadało poprzez ciasno splecione ze sobą korony drzew. Ścieżka, którą jechali była dużo bardziej widoczna niż w nocy, ale powalone drzewa utrudniały przejazd tak jak niskie gałęzie, na które trzeba było stanowczo uważać. Pani kapitan przez nieuwagę dostawało się po twarzy i nogach.
-JAK MYŚLISZ, ILE ON JEST JESZCZE W STANIE TAK UJECHAĆ?- krzyknęła do cygana Ai
-NIE ZA DALEKO!- odkrzyknął jej mężczyzna i miał racje, po kilku sekundach było słychać przeraźliwy krzyk. Para ściągnęła wodze, kiedy zauważyła wracającego kasztana. Flavio złapała wodze ogiera i zmusił go do zawrócenia. Ai dojechała pierwsza na miejsc, gdzie w krzakach leżał poobijany i umorusany Jack.
-A nie mówiłam- skomentowała.
Po chwili dojechała do nich Arvena, Mariath i Flavio. Pomogli wstać piratowi. Ai siedziała cały czas dumnie na swoim koniu, patrząc z lekko pogardą na Jacka, który niezgrabnie próbował się wydostać z zarośli. Wydostanie pijanego Jacka z zarośli nie było łatwą sprawą.
-Nic nie mów- żachnął się Jack widząc, że Ai ma przemożną ochotę zadrwić z niego.
Piratka uśmiechnęła się złośliwie i stępem ruszyła ścieżką do miasta, za nią potruchtała Arvena. Natomiast Mariath i Flavio zgodnie uznali, że lepiej będzie jak kapitan Sparrow będzie jechał na jednym koniu z cyganką.
Po trzech kwadransach grupka dojechała do miasta. Swoje kroki skierowali się do przystani. Przywiązali konie i weszli na pokład Red Moonlight. Pani kapitan zaprosiła ich do swojej kajuty.
-Możesz sprowadzić tutaj Luisa? - poprosiła Mariath- jego również będzie dotyczyła ta rozmowa.
Ai skinęła na Arvenę, która wyszła z kajuty i po kilku minutach wróciła z mężczyzną. Mariath spojrzała na Flavia i powiedział:
-No bracie można im powiedzieć w końcu o Pięciu Żywiołach
Flavio tylko przytaknął głową i rzekł
-Jack możesz dać kawałki map?- poprosiła cyganka
-Ai gdzie masz swoje trzy części?- spytała cyganka
Pani kapitan skinęła na kamratkę, która podała trzy pozostałe kawałki. Mariath z Flaviem podeszli do biurka i rozłożyły na nim wszystkie pięć kawałków. Pergaminy rozbłyskają niewiarygodnie jasnym światłem. Wszystkie obecne w kajucie osoby straciły na moment zdolność widzenia, więc nie mogli zobaczyć jak kawałki scalają się ze sobą. Nagle mocny i stanowczy głos rozbrzmiał:

„Pięć Znamienitych Rodów ma Pięć Ksiąg z Jednym Drzewem Genealogicznym swojej rodziny. W Pięciu Księgach znajduje się Pięć Map do Skarbu Pięciu Żywiołów. Aby go zdobyć Pięciu Złoczyńców z Pięcioma Kluczami musi otworzyć Pięć Pieczęci a w tedy Jeden z nich zostanie Oczyszczony”

Głos umilkł, ale jego ech długo odbijało się od ścian kajuty. Wypowiedziane słowa wyryły się na odwrocie mapy, krwawymi literami. Po wszystkim mapa opada na biurko, szóstka stała przez dłuższą chwilę oniemiała. Do biurka pierwsza podeszła Ai. Wzięła mapę w dłonie.
-Coś nie sam witego- powiedziała- Jak długo żyje nie spotkałam się z czymś równie niezwykłego.
-Nieprawdaż- stwierdził Flavio podchodząc do niej i przyglądając się mapie.
-Na odwrocie widnieją słowa, ale także rysunki chyba kluczy, które mają otworzyć nam drogę do skarbu?- zdziwiona Arvena powiedziała, podchodząc do swojej pani kapitan- medalion w kształcie Słońca, kompas, bogato zdobiona szpada, maska i figurka ?
-Mogę zobaczyć?- pyta Jack
Ai patrzy na niego podejrzliwie.
-Przecież ci tego nie ukradnę
-Nie byłaby, taka pewna
-A ja mogę zobaczyć?- spytała cyganka
Piratka jeszcze spojrzał ostatni raz na pergamin i słowa wyryte na papierze, po czym podaje mapę kobiecie.
-No więc mamy cztery klucze wraz z czterema „złoczyńcami”
-Ai, Jack, Luis, Mariath, ja i ktoś kogo nie znamy, jeszcze- stwierdził Flavio
-Maska cyganów, kompas pirata, szpada zdrajcy, medalion drugiego pirata oraz statuetka, ale kogo i gdzie go szukać?- głośno myślała Arvena
Nagle na korytarzu rozległ się krzyk i powstało zamieszanie. Ai wypadła ze swojej kajuty jak pocisk i pognała pod pokład.
-CO SIĘ DZIEJE?!- krzyknęła na tłum zebranych koło wejścia do celi starego McGregora.
-Niech pani kapitan sama zobaczy- powiedziała Mary, która stała najbliżej drzwi.
To co zobaczyła Ai było trudne do opisania. Zaraz za plecami piratki zebrała się reszta „wybrańców”. Wszyscy byli równie zdziwieni widokiem jaki zobaczyli.


komentarze [24]

XXV. Tańcowanie >>Ai van der Woods
czwartek, 21 września 2006 22:19:38
komentarze [37]



No w końcu kolejny rozdział ^^
znalazłam trochę czasu by go napisać i po zmieniać wraz z moim redaktorem naczelnym, Kocurzycą.
Dzięki za ostatnie komenty.
Co do czytanie innych histori to nie mam czasu i nie bardzo bede mogła się z tym wyrobić, ale sie postaram, DLA WAS ^^
No to by było na tyle miłego czytania.
Ahoj
kpt Ai van der Woods
-----------------------------------------------------------------------------------
Zza zasłony namiotu niepewnym krokiem wyszła Arvena ubrana w złotą chustę zawiązana na biodrach, a frędzle tejże chusty delikatnie muskały fioletową spódnicę piratki. Arvena wyrażała lekkie niezadowolenie gdy ściągnięto z niej jej ulubioną biała koszulę i włożono żółtą delikatną jedwabną bluzkę, która zmysłowo opinała jej kształtne ciało. Gorset uchował się na swym niezmiennym miejscu, jednak cyganki postanowiły go mocniej zasznurowany. Kilka przednich pasemek włosów piratki zostały zaczesane i związane z tyłu (ja to nazywam fryzurą a’la dorotką). Dla ozdoby cyganki dały Arvenie kilka swoich złotych bransoletek.
Namiot, w którym przebywała Ai było łatwo zlokalizować. Jej krzyki dezaprobaty na pomysły cyganek zagłuszały nawet muzykę, która zaczęła ponownie rozbrzmiewać wokół ogniska. W pewnym momencie piratka została wyrzucona z namiotu. Zrobiła dwa chwiejne piruety i kiedy stanęła w miejscu, odrzuciła swoje kruczoczarne włosy do tyłu, wyglądała niezwykle. Dopiero przy świetle ogniska można było zobaczyć, że włosy Ai są niezwykle lśniące a dredy, które teraz szpeciłyby jej postać zostały umiejętnie schowane pod burze jej czarnych fal. Na czoło Ai nałożono mały diadem z czerwonym rubinowym oczkiem, który odbijał promienie dochodzące od ogniska. Cyganki siłą wciągnęły na piratkę białą atłasową koszule z bufiastymi rękawami. Część garderoby, do której zapewne Ai tak nie chętnie chciała się zgodzić był piękny bordowy gorset z ręcznie wyszywanym ornamentem i sznurowany od tyłu. Wyglądała w nim niezwykle zmysłowo i kobieco, pani kapitan było nie w smak noszenie gorsetu, przypominało jej to dzieciństwo kiedy to matka zmuszała ja do noszenia tej części garderoby. Spod bordowego gorsetu wypływała spódnica w złoto czerwone pionowe szerokie pasy z delikatnym wzorem u dołu i z mnóstwem halek pod spodem. Do nogi piratce przypięto małą bransoletę z dzwonkami i kilka złotych bransoletek na rękach. Chociaż pani kapitan nie podobał się ten pomysł z gorsetem i koszulą to jednak Arvena wiedziała, że Ai mimo wszystko cieszy się w głębi serca z tej metamorfozy.
Podczas ich nieobecności przy ognisku muzycy znów zaczęli grać, a kobiety tańczyły dookoła w rytm melodii. Piratki momentalnie zostały wciągnięte w wir zabawy. Po pewnym czasie wszyscy usiedli, jedynie Mariath stała. Jeden z mężczyzn na skinienie kobiety zaczął grać na gitarze jakąś melancholijną melodię. Cyganka wzięła do ręki tamburyn z przywiązanymi szarfami w kolorze jej stroju. Delikatnie stąpała po ziemi z wrodzona gracją, tamburyn zagrzechotał lekko we wprawnej dłoni tancerki. Muzyka nabierała tempa i agresywności, Mariath tańczyła tak zgrabnie, tak zmysłowo i z takim wdziękiem, że widzowie oglądający to przedstawienie nie mogli ani na sekundę oderwać od niej wzroku. Była piękna i zmysłowa jak kotka, a jednocześnie było w niej coś groźnego, agresywnego, co zlewało się w jedną całość tworząc ucieleśnienie męskich fantazji. Ai oniemiała z zachwytu. Kiedy melodia zmieniła się cyganka przysiadła obok Ai, która wodziła za nią wzrokiem. Kobiety siedziały twarzami do siebie, a ich spojrzenia zetknęły się, Mariath wyglądała jakby czekała na komentarz Ai, ale ta tylko bezmyślnie patrzyła się na nią jak cielę. W pewnym momencie piratka otrząsnęła się i odwróciła głowę w stronę muzyków. Z tęsknotą spojrzała na mężczyznę grającego na pięknych skrzypcach.
-Chcesz spróbować?- spytała nagle Mariath
Ai momentalnie odwróciła się do cyganki. Ich brązowe oczy odbijały ten sam blask płomieni.
-Raczej nie
-Czemu? Chyba umiesz grać na skrzypcach?
-Tak, ale dawno tego nie robiłam
Cyganka raptownie wstała, złapała Ai za rękę i pociągnęła do grona muzyków. Powiedziała coś do mężczyzny, a ten, zmierzył Ai od stóp do głowy, wstał i podał jej skrzypce. Pani kapitan wzięła od cygana instrument, delikatnie przejechała palcami do gładkiej polakierowanej powierzchni.
-Graj- ponaglała ją Mariath
Ai zarumieniła się i delikatnie przystawiła smyczek do strun. Pociągnęła smyczkiem powoli po strunach wydając jednostajny dźwięk. Pani kapitan spojrzała na Arvenę, która podeszła do grupy muzyków i stanęła za Mariath. Przyjaciółka puściła oko do Ai. Piratka nabrała głęboko powierza w płucach i pewności w sercu. Powoli zaczęła wygrywać smutną melodię. Wszyscy ucichli, usiedli i wsłuchali się z zadumą w melodię. Nagle Ai zmieniła tempo na bardziej skoczne i zabawa znowu zawrzała. Wszyscy wstali i zaczęli się bawić. Inni muzycy grali do rytmu, który narzucała im Ai, a mężczyzna, od którego wzięła skrzypce skombinował drugi instrument. Ai spojrzała na niego, cygan usiadł przy niej i grał ta samą melodię razem z nią. Ich spojrzenia spotkały się, nie odrywali od siebie wzroku przez cały czas trwania tego utworu i jeszcze kilku następnych.
Piratka grała długo, raz narzucała melodię albo cyganie dawali rytm. W pewnej chwili Mariath wyciągnęła ją do tańca, Ai w ostatniej chwili chwyciła mężczyznę, który z nią grał za rękę. Kolory, kształty i muzyka grały wokół, kobieta poddała się tej sile. Cygan tańczył z piratką. Kiedy melodia stałą się spokojna, a jakaś kobieta zaczęła śpiewać, Ai wraz z mężczyzną złączyli się w zmysłowym tańcu, tak jak kilka innych par. Arvena patrzała na nich z zachwytem stojąc z boku.
-Jak oni pęknie ze sobą wyglądają- myślała
Po jakimś czasie Ai podeszła do stołu i nalała sobie do kielicha wina. Wypiła duży łyk
-Może nie jest to rum, ale i wino dobre do zabawy- powiedziała do siebie
Niezauważalnie podeszła do pani kapitan Rachel i nalewając dla siebie wina spytała
-Jak ci się bawisz?
-Gdybym kiedyś musiała zrezygnować z piractwa wstąpiłabym do taboru- stwierdziła Ai
-Ho ho mocne słowa
Piratka nie odpowiedziała.
-Byłam tak samo zachwycona, kiedy ich pierwszy raz spotkałam
Kobiety stały tak przy stole jeszcze przez jakiś czas sącząc niemała ilość wina. Kiedy Ai była już po opróżnieniu kilku dzbanów, a jej głowa stałą się dziwnie lekka, rozmowa z szamanką potoczyła się na różne, dziwne tory. Piratka zwierzyła się o wątpliwościach co do dziwnego pojawienia się Luisa, o stosunkach łączących ją ze Sparrowem, o mapach i klątwie, o matce i dziwnych wizjach. Zdradzała swoje obawy i nadzieje, chyba nie wiedziała na dobrą sprawę czemu mówi to akurat Rachel, ale nie mogła się powstrzymać, musiała to komuś powiedzieć. Szamanka uważnie ją wysłuchała.
Do rozmawiających kobiet podeszły dwie młode cyganki i powiedziały, że ktoś pragnie, aby Ai wróciła do zabawy. Piratka przeprosiła Rachel na moment i ruszyła lekko chwiejnym krokiem w stronę ogniska w asyście dziewczyn. Ktoś wciągnął ją do środka i w pewnej chwili wpadła w objęcia jakiegoś mężczyzny. Podniosła głowę i jej oczom ukazał się przystojna twarz, którą już gdzieś widziała. Ciemne oczy, ciemne włosy, śniada cera, prawie każdego faceta można było tak opisać, ale ten był wyjątkowy.
-Dziwne żeby wino uderzyło mi do głowy tak szybko- myślała gorączkowo Ai- znam skądś tego faceta, ale nie mogę sobie przypomnieć skąd, a przecież nie wypiłam tyle, żeby nie pamiętać ludzi. A może jednak
Przyglądała mu się przez chwile, ale mężczyzna złapał ja za ręce, wciągnął ją w większą grupę ludzi i zniknął tak nagle jak się pojawił. Ai chciała znaleźć tego mężczyznę albo przynajmniej kogoś kto mógłby jej odpowiedzieć kim on jest.
-Arvena- złapała kamratkę- pomóż mi znaleźć Mariath
Cyganka stała z boku i wdzięczyła się do tego samego mężczyzny, na którego wpadła Ai. Dziewczyna opierała się o stół i flirtowała z nieznajomym. Teraz Ai dopiero zauważyła, że facet jest ubrany w biała lekko przybrudzona pożółkłą koszule i przewiązany w tali czerwonym pasem. Długie poplątane włosy budujący dziwny ład i harmonie na jego głowie sięgały daleko do połowy pleców.
-Mariath...- zaczęła Ai, ale nagle przerwała, bo mężczyzna odwrócił się i piratki zrozumiały kim jest ten mężczyzna.
W białej koszuli i ciemnych spodniach z rozpuszczonymi włosami, spod których wystawały gdzie niegdzie koraliki i dredy stał kapitan Jack Sparrow. Uśmiechnął się zawadiacko do oniemiałych kobiet. Oczy Ai zrobiły się ogromne a usta otwierały się i zamykały jak u ryby. W podobni stanie była Arvena. Po chwili pani kapitan wrócił głos i powiedziała z lekkim obudzeniem w głosie
-A co ty tu robisz?
-O to samo mógłbym spytać ciebie- odparł
-Ona została przeze mnie zaproszona- wtrąciła się Mariath- tak samo jak ty
Ai czujnym wzrokiem obserwowała parkę.
-A to świetnie. Jesteśmy wszyscy w komplecie- stwierdziła Arvena
W tym momencie nastał taka niezręczna ciszy. Ai cały czas obserwowała Jacka i cygankę.
-Czy to jakaś zmowa?- myślała Ai- Ech czy ja muszę ciągle na niego wpadać i na dodatek jestem w tym idiotycznym gorsecie
-Ai wiesz...
-Kapitan Ai jak dla ciebie
-Nie wiedziałem, że jesteś zdolna do takich hec
Ai podniosła jedną brew do góry
-Czyżby ci to przeszkadzało? Że z kimś takim jak ty wstydzę się tańczyć to nie znaczy, że we mnie nie ma ani krzty kobiecości. Co jak co, ale to ja mam, aż nadmiar bab na pokładzie.
-To ciekawe doświadczenie w dodatku widząc cię jeszcze tak niedawno słabą, blada, prawie konającą- powiedział złośliwie
-Chciałbym podkreślić, że ty także oberwałeś i musiałam ratować twój nędzny tyłek. Cały czas się dziwię czemu? - podeszła bliżej i złapała go za ramię gdzie jego rana nadal się jeszcze nie do końca zagoiła - Już drugi raz ratuje cię skórę. Chcesz mi wyperswadować, że nadaremnie? W końcu ty jesteś tym legendarnym kapitanem, który radzi sobie w każdej sytuacji
-Aaa...- syknął kiedy kobieta zacisnęła mocniej dłoń na jego ramieniu i odrzucił jej dłoń
Do tej jakże pojemnej rozmowy włączył się przystojny cygan, z którym Ai grała i tańczyła.
-Flavio mogę cię prosić na słówko?- spytała Mariath i wzięła mężczyznę na stronę. Po kilku minutach wrócili, Mariath wzięła Jacka pod ramie, a Flavio Ai. Jedna para skierowała się do stołu, a druga poszła się bawić.
Arvena została sama, westchnęła ciężko i ruszyła wolnym krokiem w stronę ogniska. Usiadła i tempo wpatrywała się w płomienie i przelatujące przede jej oczami roztańczone postacie. Nagle ktoś chwycił ja mocno za rękę i zaciągnął w wir tańca.
Jak minęła reszta nocy nikt nie pamiętał. Rankiem Ai obudziła się w ramiona Flavia w dość jednoznacznej sytuacji. Była prawie naga przykryta jakimś kocem. Wstała powoli próbując nie obudzić mężczyzny i zaczęła się ubierać. Gdy układała włosy, które zresztą były w totalnym nieładzie, zauważyła kontem oka w lustrze piękną maskę leżącą na wieku kufra po przeciwnej stronie namiotu. Odwróciła się i podeszła, wzięła do ręki śliczną maskę. Przedmiot wyglądała jak nocne niebo, połowę całej powierzchni zajmował srebrny rogal księżyca a drugą połowę rozgwieżdżone nocne niebo. Z tyłu zaczepione były niebieskie tasiemki z jedwabiu. Ai już chciała ubrać maskę, gdy z tyłu usłyszała głos.
-Nie ubieraj tego- Flavio najwidoczniej obudził się, a Ai tego nie zauważyła przez co maska prawie wypadła jej z rąk- ta maska jest niebezpieczna. Zmienia ludzi
-Dzień dobry- odrzekła Ai odwracając się z uśmiechem na twarzy, ale nie odkładając maski na miejsce- jak się spało?
-Bardzo dobrze, ale lepiej odłóż tą maskę, ona naprawdę jest niebezpieczna
Ai z lekką niechęcią odłożyła przedmiot na miejsce. Później odwróciła się z powrotem do mężczyzny. Wyglądał cudownie, jego czarne hebanowe włosy były w nieładzie, a na twarzy miał nadal śladową ilość snu, koc spłynął z niego do pasa odkrywając pięknie wyrzeźbiony tors. Flavio wyciągnął rękę do Ai
-Nie, nie ja już się ubrałam- próbowała z rozbawianiem oprzeć się mężczyźnie
-No chodź, przecież cię nie zjem Anielico- powiedział słodko
Ai niby to z oporem, ale wróciła w silne ramiona cygana.
Jack także nie mógł narzekać na nieciekawą noc. Została napojony winem i zaciągnięty do namiotu. Dużej części tej nocy nie pamiętał. Kiedy otworzył leniwie oczy, był w namiocie. Głowę miał ociężałą, koło niego leżała piękna cyganka śpiąc spokojnie. Próbował sobie coś przypomnieć z zeszłej nocy, ale od chwili rozstania z Ai miał tylko strzępki jakiś dość zresztą przyjemnych obrazów. Spojrzał na Mariath uśmiechał się do siebie, zamknął oczy i zasnął.
Blond włosa piratka, w odróżnieniu od pozostałych, pamiętała większą połowę ostatniej nocy. Przypomniało jej się jak siedziała sama przy ognisku i jak Huan wyciągnął ją do tańca. Później długo rozmawiali przy winie, a ostatecznie trafili do namiotu i spędzili upojną noc. Huan był dość przystojnym wysokim dobrze zbudowanym cyganem, o dużych brązowych oczach i śniadej cerze. Piratka próbowała wyplątała się z silnego a zarazem czułego uścisku mężczyzny, wstała i ubrała się w to co miała z zeszłej nocy. Wyszła z namiotu i przeciągnęła się. Słońce właśnie wychodziło ponad korony drzew a na trawie widać było jeszcze kropelki rosy i smugi mgły przemieszczającej się po polanie trawie, a powietrze było czyste chłodne i świeże.
-No tak, czy wszyscy tak kończą- usłyszała znajomy kobiecy głos za plecami
Odwróciła się i zobaczyła Rachel, która stała przed namiotem.
-Słucham?
-Czy wszyscy, którzy tutaj przybywają musza kończyć w łóżku z jakimś cyganem?
-Czyżbyś we „wszystkich” nadmieniasz także siebie- spytała podchwytliwie Arvena
-Czy ja też poszłam pierwszej nocy z cyganem do łóżka. Hm... to było tak dawno
-Nie udawaj, wiem, że ty jak to ujęłaś „skończyłaś tak jak wszyscy”
-Ech, a co ja będę tam udawać. Tak
Nagle uszom kobiet dobiegł cichy śmiech w jednym z namiotów po przeciwnej stronie.
-Oho chyba Ai się rozochociła- mówiąc to Arvena ledwo powstrzymywała się od śmiechu
-Flavio zostaw. Tak nie wolno, zostaw mój gorset- mówiła Ai i nagle wypadła z namiotu z zadarta spódnicą i rozsznurowanym gorsetem- widzisz obudziłeś je!
-Ja je obudziłem?- spytał przekornie cygan wychodząc po chwili w samych spodniach- to ty mnie sprowokowałaś
Ai podbiegła do Arveny i schował się za jej plecami mówiąc:
-Powstrzymaj tego zwierzaka
-Ja ci dam zwierzaka- i ruszył w te pędy za kobieta, która krzyknęła i zaczęła uciekać w stronę lasu- Ty cholerny piracie!
-Zostaw, nie, puść. Ty zwierzaku- słuchać było krzyki pani kapitan
Arvena spojrzała na Rachel i wybuchnęły gromkim śmiechem. Przez całe zamieszanie Mariath i Jack wytknęli głowy ze swojego namiotu. Kiedy zobaczyli uciekającą Ai spojrzeli po sobie i także zaczęli się śmiać.
-Ja chyba nigdy nie zrozumiem kobiet- stwierdził Jack
-Nawet nie próbuj. Jesteś na to za tępy, Jack- złośliwie odparła Mariath i wyskoczyła z namiotu
Minęło jakiejś półtorej godziny, a Ai i Flavio nie wracali. Reszta cyganów wstała i zaczęła szykować śniadanie.
-Może byśmy tak ich poszukali?- spytała Arvena
-Nie- odparła Mariath- Flavio w końcu ją złapie i przyprowadzi
-Szanowana pani kapitan na pewno w końcu zostanie poskromiona- sarkastycznie wciął się Jack stojąc nieopodal
Po śniadaniu, kiedy Arvena chciała już wracać na statek Rachel postanowiła, że muszą jednak zaczekać na Ai. Flavio wrócił trzymając wierzgająca Ai na ramieniu. Wszyscy wybuchli śmiechem, kiedy ich zobaczyli
-A nie mówiłam, że ją w końcu złapie- stwierdziła Mariath



komentarze [37]

XXIV. Zakrwawione dłonie & cyganie >>Ai van der Woods
sobota, 26 sierpnia 2006 00:38:20
komentarze [38]



Męczyliście mnie to macie. Mega duży rozdział z dziennika pokładowego.
Miłego czytania
------------------------------------------------------------
Elizabeth leżała bezwładnie na koi. Nogi odmawiały jej posłuszeństwa, jedynie palcami mogła delikatnie poruszać. Gwen kręciła się wokół niej, co jakiś czas pojąc wodą. Dałaby jej rum, ale jak na jej nie zaprawioną głowę i obecny stan ciała mogłoby się to źle skończyć.
Pod pokładem dobrze było słuchać było krzyki Ai.
-Pani kapitan znowu w swoim żywiole- wyszeptała cicho Elizabeth
-Słucham?- odwróciła się Gwen- A tak
Po chwili było słychać kroki na schodach i drzwi kajuty Elizabeth otworzyły się.
-Jak się czuje?- spytała Ai stojąc na progu drzwi
-Jest słaba- odpowiedziała Gwen- Nic jej nie będzie
Elizabeth spróbowała lekko się podnieść, ale tylko zjechała z powrotem robiąc przy tym sporo zamieszania. Pani kapitan spojrzała na jej pobladłą twarz i wątłe ciało. Podeszła do niej
-Przeszłaś pierwszą część chrztu- powiedziała spokojnie
-To jeszcze masz zamiar mnie sprawdzać?- spytała zlękniona
-A co ty myślałaś- odparła odsłaniając swoją wypaloną literę P, którą dostała kiedy ją złapali i trafiła do więzienia. Rzucała się do tego stopnia, że nie dało jej się wypalić znamienia na ręce i dlatego przypiekli ją na żebrach- na to trzeba zasłużyć albo dać sobie wypalić w jakimś zaplutym więzieniu
Elizabeth wywróciła oczami i odwróciła się plecami do pani kapitan
-Wiesz co cię czeka za taki akt nieposłuszeństwa?
-Ai przestań- prosiła błagalnym głosem Gwen
-Nie! Żadna z dziewczyn w załodze nie będzie mi stroiła wielkiej damy- odparła stanowczym tonem- Jutro masz się stawić na pokładzie. Zrozumiano!
-Nigdy nie chciałam być piratem na twoim statku- wyszeptała trochę za głośno, bo dotarło to do uszu już i tak zdenerwowanej kobiety
-To po co mi pomagałaś uciec z Port Royal. Dałam ci wybór. Mogłaś zostać na tej wyspie razem z żołnierzykiem Norringtona
-W tedy byś mnie zabiła jak jego
-Nie wykluczone. Na Tortudze a nawet na Nowej Gwinei mogłaś przejść na Czarną Perłę. Nie jest mi potrzebna większa załoga
-To trzeba mnie było wyrzucić za burtę albo zostawić na jakiejś wysepce
-Czyżbyś składała mi ofertę?
Elizabeth już nie odpowiadała. Pani kapitan odwróciła się na pięcie i wyszła wściekła z kajuty. Na korytarzu złapała ją Gwen
-Ona nie będzie w stanie jutro wstać z koi
-Nie obchodzi mnie jak się dostanie na pokład- odpowiedziała Ai nie raczyła się nawet odwrócić do kamratki, która stała za jej plecami- ma się stawić na pokładzie. Skoro ma tyle siły żeby pyskować swojemu kapitanowi, to ma wystarczająco siły żeby stawić się na pokładzie. Jak tak bardzo się o nią martwisz to możesz ją przynieść
Nagle na korytarzu zawiłą się Kira z naręczem desek.
-Coś się stało pani kapitan?- spytała
-Nic. Mamy gdzieś nieszczelny pokład?
-W składzie prochu zauważyłam, że wręga jest lekko pęknięta. Chciałam to zrobić jak staliśmy w porcie, ale tak nagle wypłynęliśmy, że nie zdążyłam
-Pokaż mi to- powiedziała Ai
-Oczywiście, tylko zawołam kilka dziewczyn do pomocy- odparła
Po chwili pod pokład schodziły już Mary Zoe i Sally pod dowództwem Ai i Kiry.
Okazało się, że w składzie z prochem jest szpara długości czterech stóp i szerokości około dwóch cali. Niewiele wilgoci jest potrzebne do uczynienia z prochu zbędnego balastu. Naprawa usterki trwała dwie godziny. Kira długo mierzyła i przycinała deskę, żeby idealnie pasowała do szpary. Następnie kiedy deska była gotowa przybiła ją gwoździami. Posłała Zoe po słomą do zatkała małych szpar wokół nowo przybitej deski. Na koniec uszczelniła dla pewności specjalnie przygotowaną gorącą smołą. Kiedy skoczyły były całe brudne i spocone. Wyszły na pokład i jedna z kamratek przyniosła im dwa wiadra świeżej morskiej wody. Wylały ich zawartość na siebie. Dziewczyny były zmęczone, ale zadowolone z siebie.
Do wieczora na okręcie panował spokój. Ai zdążyła się przebrać w świeżą koszulę. Została przy okazji nasmarowaną przez Gwen jakimś paskudztwem, które przekazała Rachel i napojoną jakąś mikstura wzmacniającą. Zmienili jej opatrunki, które musiała nosić jeszcze przez jakiś czas. Kiedy wszystkie zabiegi zakończono pani kapitan postanowiła wyjść późnym wieczorem z kajuty. Trzymała w jednej ręce do połowy opróżnioną już butelkę rumu. Lampy okrętowe na rufie i koło masztów paliły się już od jakiegoś czasu. Po pokładzie krążyło jeszcze kilka piratek, które miały akurat wachtę. Diana stała spokojnie za sterem. Ai chwiejnym krokiem podeszła na dziobu swojego pięknego okrętu. W momencie kiedy tak stałą i wpatrywała się w horyzont, na niebie było pełno migoczących wesoło gwiazd a księżyc był w pierwszym kwartale, ale roztaczał łagodny blask. Nagle odwróciła się i spojrzała do góry w stronę bocianiego gniazda. Postanowiła wdrapać się po drabince do góry i sprawdzić co też drogi Luis tam sobie poczyna. Kiedy znalazła się na najwyższej rei, po cichu wstała i zajrzała do środka gniazda. Zastała tam śpiącego w najlepsze Luisa
-Lui wstawaj- powiedziała łagodnie szturchając go w tyłek
-Jeszcze chwilkę- odburknął przez sen- zostaw mnie ciociu. Jeszcze słońce nie wzeszło- mruczał przez sen
-Wstawaj, kolacja na stole- powiedział trochę głośniej
-Nie wstaje, chce spać- odpowiedział jej i odwrócił się maksymalnie tyłkiem
Ai nabrała powietrza w płuca i ryknęła
-WSTAWAJ LENIU! JA CIE DAM SPAĆ NA WACHCIE! WSTAWAJ SZCZURZE, BO CIĘ WYRZUCĘ ZA BURTĘ!
Poskutkowało do tego stopnia, że mężczyzna poderwał się na równe nogi, zrobił krok do tyłu i wypad z bocianiego gniazda. Ai poderwała się i próbowała go złapać za rękę, ale nie zdążyła. Luis leciał już w dół. Przeleciał obok jednej rei, drugiej i kiedy zbliżał się do trzeciej złapał linę dzięki czemu nie roztrzaskał się o deskach pokładu. Ai patrzał jak mężczyzna spada w dół. Kiedy jego nogami dotknął desek pokładu złapał się za ręce, zaczął krzyczeć z bólu. Jego ręce krwawiły. Ai szybko złapała się jakiejś liny i zjechała na dół. Podeszłą do niego
-Pokaż dłonie- powiedziała stanowczo
Ten tylko zacisnął mocno oczy i przygryzł wargi aż pociekła mu krew, pokazał jednak swoje dłonie kobiecie. Skóra była zdarta do żywego nie było co do tego najmniejszych wątpliwości. Krew sączyła się obficie.
-Gweeen- krzyknęła Ai
Kobieta momentalnie wyskoczyła na pokład. Spojrzała na przerażoną Ai a później na mężczyzn, którego śnieżno jeszcze niedawno biała koszula była zakrwawiona. Podbiegła do nich i spojrzała na ręce Luisa
-Nie dobrze, oj nie dobrze- powiedziała- co mu się stało ?
-Wypadł z bocianiego gniazda, złapał się liny i starł skórę- odpowiedziała
-Cholera, pomóż mi go sprowadzić pod pokład
Dwie kobiety chwyciły go pod ramiona i sprowadziły do kajuty medyka. Gwen kazała usiąść mężczyźnie na krześle podstawiła miskę , odkorkowała butelkę rumu. Najpierw go kazała mu wypić dla uśmierzenia chociaż odrobinę bólu a następnie powiedziała
-Uwaga będzie bolało- podała mu drewniany kołek- zagryź go- rozkazała- Ai złap go za ramiona
-Dobrze
Gwen obficie polana złotym rumem rany. Mężczyzna zawył z bólu, ale nie wypluł kołka tylko najpierw zacisnął mocno powieki, a później z przerażeniem spojrzał na dłonie. Rum zaczął powoli działać, bo mężczyzna nie wyrywał się.
-Sokół- krzyknęła Gwen- przynieś świeżą czystą wodę. Tylko nie z morza
Po chwili Indianka niosła już wiadro z wody, Gwen wzięła dzbanek i oblała ranę wodą. Mężczyzna był cały roztrzęsiony i z bólu spocony. Później Gwen złapała za kawałek czystego białego płótna do zatamowania krwotoku, a następnie owinęła go drugim kawałkiem. To samo zrobiła z drugą ręką. Kiedy orany zostały opatrzone Gwen poleciła Ai żeby położyła go na koi.
-Ja zaraz tam przyjdę i dam mu coś na sen
Pani kapitan posłusznie wykonała polecenie czarnoskóra kobieta
-Chodźmy kolego- następnie złapała go pod ramię i wyprowadziła z kajuty
Luis szedł powoli, był blady i spocony. Ai trzymała go silnym ramieniem, żeby przypadkiem się nie wywrócił.
-Dzięki za wszystko- powiedział nagle dwuznacznie
-Mhm...- odpowiedział kobieta i zaprowadziła go do sypialni załogi i położyła na jednej z koi. Mężczyzna chciał złapać piratkę za rękę, ale kiedy tylko spróbował zacisnąć dłoń na jej ramieniu syknął z bólu.
-Czyżbyś chciał aby została przy tobie?- spytała
-Raczej nie. Bardziej chciałem się spytać czy nie masz jakiejś czystej koszuli?- spytał
Ai spojrzała na niego zaskoczona.
-Lubię kiedy robisz taką słodką minę- powiedział z uśmiechem
Kobieta patrzała na niego z mieszanymi uczuciami. Jego śnieżnobiała niegdyś koszula była cała we krwi, spodnie były brudne, a jego włosy potargane. Oczy natomiast jak zawsze były oazą spokoju. Ten miodowy kolor który kiedyś ją budził spokojnymi rankami i przy którym zasypiała po burzliwych nocach. Małe zadziorne złote ogniki. Ai otrząsnęła się ze wspomnień i powiedziała
-Zobaczę co da się zrobić z tą koszulą.
Odwróciła się na pięcie i wyszła z pomieszczenia.
Luis zadowolony z siebie rozłożył się na koi. Po kilku minutach przyszła z powrotem Ai w asyście Arveny. Pani kapitan trzymała w ręku czystą koszulę i koc, a Arvena natomiast misę z czystą woda i zamoczoną w niej jakąś szmatką.
-Zapewne chciałbyś się umyć. Przy okazji zaraz ktoś z załogi przyniesie ci twoje czarne spodnie z ładowni- odparła
-Umyjesz się sam czy mam ci ktoś pomóc?- spytała pogardliwie Arvena
-Raczej będę potrzebował pomocy
-Gerta- krzyknęła Arvena
Po chwili do kajuty weszła postawna piratka.
-Tak?
-Luis prosi abyś pomogła mu się umyć
Ten kiedy tylko zobaczył kobietę odpowiedział szybko
-Ależ nie trzeba, poradzę sobie
-Nie, nie chcemy aby ci się coś stało- odpowiedziała złośliwie Ai
Spojrzał na nią zlęknionym wzrokiem później na muskularną piratkę, która podeszła do miski i wyjęła ścierkę
-Zdejmij panie swoją koszulę- powiedziała Gerta
Luis próbował chwycić koszule, ale lekko zaklął z bólu. Ai podeszła i jednym zwinnym ruchem ściągnął koszulę, ukazując pięknie wyrzeźbione i zakrwawione ciało.
Gerta powoli zaczęła myć jego plecy i lekko się zarumieniła kiedy po skrupulatnie wymytych plecach musiała przejść do przedniej części ciała. Do kajuty wpadła w pewnym momencie piratka i przyniosła czarne spodnie. Tak samo jak szybko wpadła tak samo szybko wyleciał. Gdy Gerta skończyła mycie, woda w misce była brunatna. Arvena włożyła mężczyźnie koszulę.
-Spodnie chcesz teraz przebrać?- spytała
-Hm... jeśli nie jest to dla was problemem- odpowiedział
Kobiety spojrzały po sobie. Nie było innego wyboru, nagle na korytarzu rozległo się wołanie
-Pani kapitan
Ai w mgnieniu oka wypadła z kajuty, a za nią Arvena. Gerta jako ostatnia wyszła przysłaniając mężczyznę przy okazji kocem.
Na pokładzie panowało spore zamieszanie.
-Co się stało?- krzyknęła Ai
-Statek na horyzoncie- krzyknęła gdzieś z góry piratka
-Diana?
-Jakaś fregata. Wygląda to na porządny okręt Royal Navy
-Podaj mi lunetę- rozkazał
Kiedy spojrzała we wskazanym kierunku okazało się, że okręt rzeczywiście ma wywieszoną brytyjską flagę i bez dwóch zdań był uzbrojony po zęby. Było dość późno, ale fregata była wystarczająco dobrze oświetlona, żeby można było wywnioskować co to za okręt do tego księżyc dawał wystarczająco dużo światła. Pani kapitan spojrzał na żagle swojego okrętu, wiał sprzyjający wiatr z południowego-zachodu.
-Postawić wszystkie żagle- krzyknęła- spróbujemy mu umknąć. Mamy mniejsze zanurzenie.
-Aye- rozległa się odpowiedz załoga
-Ruszać się żwawo- krzyczała Diana- chcecie trafić w ręce Norringtona?
Wszystkie żagle zostały postawione i nabrały powietrza. Statek szybko nabierał prędkości umykając ociężałej fregacie. Mimo wszystko brytyjski okręt także rozwinęła żagle i próbował ich dogonić.
-Pani kapitan- zwróciła się do Ai Diana- wiesz co to za okręt?
Ai spojrzała najpierw przez lunetę i zlękniona odłożyła przyrząd od oka.
-Wydaje mi się że to Śmiałek z komodorem na pokładzie- powiedziała zlękniona- jazda nie guzdrać się! Musimy im umknąć i to jak najprędzej- krzyknęła do załogi- Ian, Grace pospiesz resztę- krzyknęła do dwóch dziewczyn które akurat siedziały na rei- Nie mogą nas dogonić. Zgasić wszystkie lampy do cholery- krzyknęła kiedy żagle były postawione
Ucieczka zajęła im więcej czasu niż się pani kapitan spodziewała. Mimo wszystko trzeba było oddać Norrington był bardzo dobrym żeglarzem i umiał rozpędzić taką ciężką krypę jakim był Śmiałek. Kiedy znalazły się w bezpiecznym miejscu Diana zapytała
-Jaki kurs kapitanie?
-Wydaje mi się, że nie ma innego wyjścia jak tylko wracać na Tortugę- odparła- Śmiałek będzie krążył na tym terenie jeszcze przez jakiś czas a do Tortugi się nie zbliży. Norrington nie jest głupcem
-Aye
Ai przejęła ster i odpadła od wiatru w stronę Tortugi.
-Chyba będę musiała postarać się o list kaperski- powiedziała do siebie
-Czy to konieczne?- spytała Arvena wchodząc powoli po schodach na mostek kapitański
-Czy nie byłoby łatwiej łupić nie musząc bać się o swoje życie?
-Tak, ale nie można by było się w tedy zabawić z brytyjskich statków handlowych, a tych jest coraz więcej na wodach Nowego Świata
-Tak, ale na hiszpańskich galerach można się o wiele bardziej wzbogacić. Nie sądzisz?
-Możliwe, ale i tak uważam, że łupienie na własną rękę jest bardziej korzystne niż oddawanie jej królewskiej mości nawet niewielkiej części łupów
-A co mało ci bogactw. Oni i tak nie wiedzą ile jest w naszym posiadaniu bogactw, z których nie będzie trzeba się rozliczać
-Inna sprawa, że jesteśmy kobietami. Tam nie będzie dla nas żadnego szacunku. A mimo wszystko na Tortudze zdobyliśmy uznanie i jako taki szacunek jako załoga
Ai wiedziała że przyjaciółka miała rację, ale list kaperski to łakomy kąsek. Przebieranie się za mężczyznę i zmiana nazwy okrętu na niewiele się zda. Stała za sterem przez resztę nocy i biła się z myślami. Cały czas miała oczy wokół głowy czujnie wypatrywała wrogiego okrętu.
Do bezpiecznej wyspy dopłynęły wczesnym rankiem. Wachty zdążyły się już dwa razy zmienić, a Ai nie pozwala się zmienić Dianie. Kiedy dobili do przystani słońce zmieniło już barwę z czerwonej na pomarańczową i wspinało się po nieboskłonie.
Arvena wyszła kilka minut przed tym jak dobił dobijał. Za nią zaś na pokład weszła Gwen.
-Gwen
-Aye
-Jak tam nasz poraniony się czuje?
-Śpi jak dziecko. Dostał silny środek nasenny
-Laura była niezadowolona, że ktoś zajął jej koje. Jednak jak zobaczyła kto w niej śpi już jej to nie przeszkadzało- dodała ze złośliwym uśmiechem
-Arvena pogoń je do pomocy przy cumowaniu
-Aye
Po kwadransie statek stał spokojnie na kei, a część załogi zeszła na ląd. Pani kapitan przeszła się po przystani sprawdzając jakie statki przypłynęły, ale nie było nikogo nowego.
-Szukasz paniusiu kogoś?- spytał marynarz, który aktualnie miał wachtę na starym bryku o dość melodyjnej nazwie Princessa. Ai spojrzał na niego. Był starym stetryczałym i zapijaczonym dziadem, który ślinił się do niej.
-Na pewno nie ciebie- odparła z pogardą i wróciła na swój okręt.
-Gdzie Nowa?- krzyknęła
Kiedy nie uzyskała odpowiedzi powtórzyła
-GDZIE NOWA!
Z pod pokładu wynurzyła się Gwen wraz z Elizabeth, która dzisiaj wyglądał nieco lepiej.
-Jestem- powiedziała dość słabo lecz stanowczo
-Pani kapitan- powiedziała Gwen zanim Ai zdążyła otworzyć usta- czy to naprawdę konieczne?
-Zostaniesz na statku- zwróciła się głośno do Nowej nie zwracając uwagi na czarnoskórą kobietę- Nie masz prawa zejść na ląd.
-Aye- odpowiedziała Elizabeth- coś jeszcze pani kapitan?
-Tak. Masz wyszorować pierwszy pokład- dodała
-Aye- odparła dziewczyna
-Przynieść wiadro szczotę i lampę, żeby ci nie było za ciemno- dodała złośliwie
Mary już niosła wiadro w wodą, podała je Nowej.
-Lampę znajdziesz na korytarzu. Idź do Sam ona zapali ci lampę
-Aye. Mogę już odejść?
-Tak
Kiedy Elizabeth zniknęła za rogiem Ai zablokowała ster i zeszła do swojej kajuty. Wzięła swój płaszcz i kapelusz. Gdy wychodziła zauważyła w lustrze, że jej koszula jest zakrwawiona. Szybko podeszła do kufra i wyjęła czarną przylegającą koszulę, wyjęła do tego kamizelkę i szeroki czerwonej pas . Owinęła się nim wokół pasa. Na to założyła pas z bronią. Wyjęła swoją szpadę z pochwy, w stalowym ostrzu odbiły się promienie słońca, które wpadło przez duże okna. Wielki szafir zatopiony w srebrnej rękojeści rozpraszał światło na setki niebieskich promieni. W czarnych oczach piratki można było zobaczyć odbijające się promieni nadając jej dziwnego blasku. Ai wsadziła z powrotem szpadę do pochwy. Ubrała czarny płaszcz i kapelusz, następnie wyszła z kajuty i zeszła po trapie na ląd. Na statku zostawiła trzy dziewczyny do pilnowania statku z czego dwie miały pilnować Nowej.
Na lądzie czekała na nią już Arvena
-Idziemy szukać tej cyganki?- spytała
-Czytasz w moich myślach- uśmiechnęła się pani kapitan
O dziwo w tawernie, w której ją spotkały nie było dziewczyny, a barman nic nie wiedział gdzie szukana się znajduje. Sprawdziły jeszcze kilka spelunek tortugańskich, ale także i tam nie znalazły cyganki. Ostatnim miejscem do jakiego zajrzały był jeden z miejscowych domów publicznych. Burdel Mama, zresztą wyschnięta stara kobieta chodząca o lasce i z binoklami na nosie nie znała żadnej Mariath. Po opisie powiedziała, że cyganek nie zatrudnia i jeśli chcą ja znaleźć powinny jej poszukać wieczorem, kiedy wszyscy złodzieje, największe szumowiny i cyganie wychodzą z ukrycia. Ai podziękowały starej kobiecie i wyszły.
-To co idziemy do Rachel?- spytała Arvena
-Dobrze- odpowiedziała Ai
Kiedy przyszły do domu szamanki ta ucieszyła się na ich widok i zaprosiła je do środka.
-Co was do mnie sprowadza tak szybko?
-Szukamy pewnej dziewczyny- zaczęła Ai
-Cyganki- dodała Arvena
-Która nas zaczepiła po tym jak wyszłyśmy od ciebie, w tawernie niedaleko przystani.
-Nazywała się Mariath i nikt nic o niej nie wie- dokończyła Arvena
-Rozumiem- powiedziała Rachel- idźcie do salonu zaraz do was przyjdę
Piratki zrobiły tak jak im kazała kobieta. Po kilku minutach Rachel wróciła z tacą, na której stał dzbanek z herbatą, trzy spore kubki i miska z ciastkami. Rachel kiedy usadowiła się wygodnie w wielkim obitym czerwonym aksamitem fotelu zaczęła:
-Mówicie, że to była cyganka
-Tak
-Cóż nie znam wszystkich cyganów, którzy zamieszkują Tortugę, ale jeśli to była młoda dziewczyna to musiała być z taboru, który koczuje na wyspie
-Wydawało mi się że miasto zajmuje całą wyspę- powiedziała Ai
-Nie do końca. Za miastem, tak jak mówiłam, między dwoma górami mieści się tabor cyganów. Został on zesłany tutaj przez Hiszpanów jakieś sześć może dziesięć lat temu- mówiła kobieta, co jakiś czas robiąc przystanki- mieszkają tam i im bardziej miasto się rozrasta oni coraz dalej uciekają. Teraz koczują jak już mówiłam dość daleko między dwiema górami w dolinie. Dojście tam jest o tyle trudne, że rośnie tam gęsty las i o tyle niebezpieczne, że oni nie ufają nieznajomym. Znalazłam ich ponieważ kiedyś szukałam ziół w tamtym obszarze- tu zrobiła długą pał ze
-I co było dalej?- dopytywał się Arvena
-Zauważyli mnie, złapali i zaczęli się mnie wypytywać kim jestem i czego tu szukam. Bali się wszystkich ludzi, bo mieszkańcy porywali ich kobiety i robili z nich panie lekkich obyczajów. Wytłumaczyłam im kim jestem i co tu robiłam. Kiedy usłyszeli, że jestem szamanką zaprowadzili mnie do pewnego młodego chłopca, który leżał na posłaniu był ciężko chory na malarię. Domyśliłam się, że chcą żebym go wyleczyła. Powiedziałam im, że musza go zaprowadzić do mojego domu, ale oni kategorycznie odmówili oraz dodali, że mnie zabiją jeśli nie uzdrowię chłopca. Nie miałam wyboru, zgodzili się jedynie na to żeby poszła po potrzebne leki do domu w eskorcie kilku mężczyzn. Wróciłam po godzinie z lekiem. Musiałam zostać u nich przez kilka następnych dni bo lekarstwo nie działało natychmiast. Przy okazji widziałam ich zabawy wieczorne przy ognisku, takiego czegoś się nie da zapomnieć. Wino lało się strumieniami, kobiety były przebrane w kolorowe stroje, mężczyźni grali na instrumentach. Gdy w końcu chłopiec doszedł do siebie, a ja tym samym zyskałam ich zaufanie i szacunek. Później dowiedziałam się, że to był syn przywódcy, który ma zostać jego następcą- tutaj skończyła swoja opowieść i dodała- jeśli wam zależy na tej dziewczynie mogę was tam zaprowadzić. Same tam nie traficie, a i oni mogą was coś zrobić.
-Zgoda- odparły równocześnie dziewczyny
-Przyjdzie do mnie wieczorem jak słońce będzie zachodziło
-Dobrze
Gdy przegnały się z Rachel okazało się, że jest południe. Zeszły do miasta i zaczęły szukać Diany, która także zeszła na ląd. Siedziała w tawernie o dziwnej nazwie „Pod Grającym Żaglem”. Była w towarzystwie dwóch dziewczynami z załogi przy trzech kuflach rumu. Ai zakomunikowała im, żeby nie szukały ich dzisiaj wieczorem.
-Aye kapitanie, ale można wiedzieć, co zamierzacie robić?- spytała Diana
-Nie- odparła krótko Ai
-Pani kapitan- zaczęła druga- wiesz, że Czarna Perła przypłynęła?
-Co?- krzyknęły równocześnie Ai i Arvena- Kiedy?
-Jakieś, niech pomyśle hm... z półtorej godziny temu
Dziewczyny wypadły z tawerny i pognały na złamanie karku do portu. Rzeczywiście na jednej z kei stał piękny czarny okręt o czarnych żaglach.
-Jak zawsze w najgorszym momencie musze spotkać Sparrow- żachnęła się Ai
-A jak- dodała rozbawiona Arvena- on ma to szczęściem, że jest w tedy, kiedy ty tego nie potrzebujesz
-Ech... Trzeba będzie jakoś go ominąć
Wróciły do Diany. Przy ich stoliku dosiadły się jeszcze dwie następne dziewczyny i wszystkie gorączkowe o czymś rozmawiały. Piratki podeszły do nich, zepchnęły dwóch gości, którzy akurat zajmowali miejsce na ławie i zamówiły rum. Tak spędziły następnych kilka godzin.
Kiedy zrobiło się późno Ai zostawiła dziewczyny i ruszyła wraz z przyjaciółką do domu Rachel. Zastały tam Gwen która właśnie wracała od Luisa po leki.
-Co z nim?- spytała Arvena
-Dobrze. To silony mężczyzna. Wyjdzie z tego- odpowiedziała
-To co jesteście gotowe na mały spacerek?- spytała stara szamanka
-Oczywiście
-Doskonale, to idziemy
Wyszły z domku zostawiając Gwen. Widziała jak wychodzi lampa, którą miała ze sobą roztaczały blask na ciemnym wzgórzu. Droga z drugiej strony góry była stroma co zajęła im jakiś kwadrans, a dalsza droga między wzgórzami następne piętnaście minut. Gdy stanęły przed gęstym lasem Rachel rzekła
-Trzymać się blisko mnie, bo się zgubicie. Księżyc jest za chmurami i nie daje tak dużo światła
Dziewczyny siedziały dosłownie szamance na ogonie.
Las był gęsty, a korony drzew zasłaniały całe światło księżyca. Co jakiś czas wydawało im się, że ktoś za nimi idzie, ale kiedy się odwracały nikogo nie mogły dostrzec w ciemności. Zanim doszły ich słuchy muzyki, śpiewu i blask rozpalonego na polanie ogniska minęło dobre czterdzieści przerażająco głuchych minut.
Zabawa na polanie otoczonym namiotami zaczęła się dopiero rozkręcać. Było tak jak opowiadała Rachel, muzyka rozbrzmiewała, kobiety w kolorowych strojach tańczyły, a ognisko ustawione w środku dawało dużo światła. Kiedy cyganie zobaczyli kto przybył od razu przerwali zabawę i zaczeli witać starą szamankę.
-Kim są te dwie urocze osoby?- spytał wysoki szczupły brunet z włosami związanymi z tyłu w kucyk
-To jest Ai kapitan pirackiego okrętu i jej przyjaciółka Arvena- przedstawiła Rachel
-Ai jesteś kobietą?- zdziwiła się jedna z kobiet- wyglądasz jak mężczyzna
Piratka zmieszała się lekko, ale zdjęła kapelusz, który jakimś cudem trzymał się nadal na jej głowie, ukazując w pełni jej twarz
-Wyglądasz, wyglądasz jak kobiece wcielenie Jacka Sparrowa oj przepraszam kapitana Sparrowa- powiedziała inna
Ai tylko uśmiechnęła się blado
-Cóż ja na to poradzę?- powiedziała- takie moje nieszczęście
-Gdybym była mężczyzną zawładnęłabym twoim sercem- powiedziała jeszcze jedna i wszyscy zamilkli
Z tłumu wyłoniła się młoda cyganka, ta sama, którą spotkały w tawernie kilka dni temu. Tym razem ubrana była w bordową spódnicę zadartą z jednej strony odsłaniającą mnóstwo halek białych jak śnieg, do tego miała jeszcze więcej złotych bransoletek. Biała bluzka była teraz wyszywana kolorowymi wzorami jak zawsze z dużym dekoltem i nieodłączny czarno złoty gorset. Włosy przepasane były długa fioletową chustą najprawdopodobniej z atłasu albo jedwabiu. Na szyi wisiało jej pełno złotych łańcuszków z drogimi kamieniami tworząc swoistą kolię. Była zachwycająca w świetle płonącego ogniska.
-Jednak przybyłyście- powiedziała
-Jak widać- odparła Ai
-Dziewczyny zróbcie coś z tym mężczyzna- powiedziała do swoich sióstr i kuzynek z taboru wskazując głową Ai- ma wyglądać na kobieta
Dziewczyny złapały Ai za ręce i zaczęły ciągać po namiotach. Muzyka znowu zabrzmiała, Arvena także została wciągnięta przez kobiety do namiotów.
----------------------------------------------------------
Na koniec chciałabym pozdrowić Samante, Nans i Kate.
No to by było na tyle
ahoj

komentarze [38]


Słownik trerminów żeglarskich




Słodka mała mało chciała... Słodka mała mało chciała...
Słodka mała mało chciała mieć...

Słodka mała mało chciała za wieczór we dwoje!
Trudno będzie jej zapomnieć, gdy się złożę w koję...
Lepiej dla niej, lepiej dla mnie nie rozmyślać o tym,
że gdziekolwiek w świecie bywa jakiekolwiek potem.

Kiedy fala ryczy zła – nerwy musisz mieć ze stali!
Mały człowiek – wielki wiatr nam gra...
nam gra...
nam gra...
nam gra...

Trzeba nam dziś myśleć o tym by żagle ustawić –
tak, by wkrótce w innym porcie znów się móc zabawić!
Wódka, piwo i kobiety zaszumią znów w głowie...
Jednak gdzieś w kąciku serca pomyślę o Tobie.

Jeszcze chyba nie istniejesz, nie wiem czy gdziekolwiek
Spotkam Ciebie, a gdy spotkam, czy przyznam się sobie,
że od zawsze, kiedy tylko z morzem się związałem,
czegoś bardzo w moim życiu chyba brakowało.

Pewnie kumplom się pochwalę, że port zaliczony.
Chociaż w środku pustka dzika – żeglarz nie ma domu.
Znowu wódka, piwo, nuda, wchłoną mnie jak innych.
Tam, gdzie morze znaczy życie nie ma już niewinnych.